"Dla mnie każdy dzień to nowa droga, nowy start, nowe wyzwanie, a te dni tak lubią się od siebie różnić!"

O musicalu, który skradł jej serce, ukochanej salsie, zrealizowanym ważnym postanowieniu nastolatki, o spotkaniu z Piotrem Rubikiem i tajemnicach garderoby opowiada Agnieszka Przekupień.

Zacznijmy od tego co przed Tobą. Mam wrażenie, że będzie to rola, dzięki której - w końcu - będziesz mogła się świetnie bawić? Już w kwietniu zagrasz Stephanie w "Gorączce sobotniej nocy" w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

Oj tak! Wreszcie tytuł, w którym będę mogła zaszaleć! I wreszcie teatr, który od zawsze widniał na podium moich największych marzeń! Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że to marzenie się spełni i to w tym tytule - to z całym szacunkiem - ale bym go wyśmiała. Hmm... teraz zastanawiam się dlaczego. Może dlatego, że od początku mojej kariery zawodowej byłam obsadzana w rolach dobrych, szczerych i lirycznych amantek, często cierpiących i nieszczęśliwie zakochanych  zawsze w epokowych kostiumach, zawsze na tle wielkich historycznych wydarzeń i może już przywykłam do tej „łatki”? Może też dlatego, że Gdynia była zbyt blisko Gdańska, w którym mieszkałam i studiowałam, a los chciał najpierw sprawdzić siłę mojej pasji, zweryfikować ją, więc rozdał role w teatrach w całej Polsce i zadał pytanie - ile jestem w stanie znieść, by uprawiać ten zawód? Być może. Ale to wszystko spowodowało, że ten owoc smakuje jeszcze lepiej. Z otwartością, wdzięcznością i świadomością podchodzę do kolejnego wyzwania, którym jest debiut w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

Sporo będziesz tańczyć w "Gorączce". Od czasu musicalu "Fame" niewiele miałaś roztańczonych postaci?

Tak, to prawda. Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się właśnie na ten element spektaklu - czyli taniec. Zawsze lubiłam tańczyć, najbardziej interesował mnie taniec towarzyski. Będąc w Krakowie na studiach polonistycznych - z moją siostrą chodziłyśmy na kurs salsy kubańskiej, potem trafiłam do najwspanialszej szkoły salsy w Krakowie - Sabrosa Dance Studio, gdzie poznałam wspaniałych ludzi, którzy zarazili mnie miłością do tego tańca. Tańczyliśmy gdzie się tylko dało. Na Skałkach Twardowskiego, na Kopcu Kraka, puszczaliśmy muzykę z samochodu, czasem zapalaliśmy ognisko i tańczyliśmy całą noc! Czy to nie wspaniałe, że w „Gorączce..” będę mogła jeszcze raz zmierzyć się tanecznym wyzwaniem i tę miłość odrodzić? 

Grasz Fantynę w “Nędznikach”, ciężko doświadczoną przez życie kobietę. Śpiewasz jeden z największych - jeśli można tak powiedzieć - przebojów musicalowych “Wyśniłam sen”. I po 40 minutach znikasz ze sceny, by pojawić się jako duchu w finale. Czy ta rola pozostawia niedosyt?

Od zawsze jestem wyznawcą zasady: nie ilość, a jakość. Chociaż w musicalu, prawie zawsze dostawałam role, które były obszerne w kwestii ilości songów, tekstu, byciem na scenie, w przypadku roli Fantyny musiałam się w końcu z tą zasadą zmierzyć w 100%. Wydaje mi się, że łatwiej jest wziąć na siebie cały spektakl, niż 40 minut. Tak naprawdę, nie masz czasu na rozbieg, czy na tzw. drugą szansę. Największy i potężnie emocjonalny song śpiewam już w drugiej scenie spektaklu. To na mnie spoczywa trud wciągnięcia publiczności w „naszą bajkę”. Nie dość, że czuję taką odpowiedzialność, to z drugiej strony nie mam szansy na zrekompensowanie się,  jeżeli - nie daj Boże - coś nie pójdzie.

Agnieszka Przekupień podczas prób do "Nędzników" Fot. Teatr Muzyczny w Łodzi

Zostaje mi tylko song, w którym żegnam się z Cosette i umieram. I potem czekam ponad 2 godziny w garderobie z nadzieją, że zostałam w pamięci publiczności, że historia Fantyny zamknięta w tych kilkudziesięciu minutach poruszyła widza i dostarczyła prawdziwych i czystych emocji.Pytasz czy mam niedosyt. Mam. Podczas tych 40 minut naprawdę zawsze staram się dać z siebie wszystko. Cała jestem Fantyną. Do tego stopnia, że nie chcę umierać! Chciałabym móc dalej być na scenie i brać udział w spektaklu!


Jeśli to nie tajemnica... co Fantyna robi przez prawie dwie godziny, zanim pojawia się znów na scenie? 


Płacze, że inni sobie dalej grają i śpiewają, a ona już nie może (śmiech). A tak naprawdę - różne rzeczy, ambitne lub mniej ambitne. Na przykład podczas premiery - pakowałam oscypki przywiezione przez rodziców z Kościeliska na prezenty dla kolegów i realizatorów (śmiech). Często też wykorzystuje ten czas na naukę i przygotowanie do nowych projektów, albo na nadzwyczaj interesujące garderobiane rozmowy o włosach, ciuchach i jedzeniu. Ostatnio też zainstalowałam Netflixa… Chyba każdy wie, co to oznacza ...

W Teatrze Muzycznym w Łodzi grasz również rolę Roksany w musicalu “Cyrano”. W tej produkcji, żeby usłyszeć jak śpiewasz trzeba poczekać… godzinę, aż do drugiego aktu. Czy to nie irytuje, że mając tak niesamowity talent - niezwykły głos, trzeba tylko chodzić po scenie, wygłaszać kwestie… zamiast śpiewać?

Właśnie, że nie! Mając takiego reżysera jak Jakub Szydłowski - to prawdziwe szczęście mieć wiele do gadania (śmiech). Kubę poznałam właśnie przy „Cyrano” i do dzisiaj dziękuję światu, że miałam okazję z nim współpracować. Kuba dokładnie wie czego chce przychodząc na próbę; jest stanowczy, ale też daje dużą swobodę w kreowaniu postaci. Myślę, że praca przy „Cyrano” to były dla mnie wspaniałe warsztaty aktorskie jak i muzyczne. W tym miejscu chcę też wspomnieć Krzysztofa Herdzina, który napisał nieziemską muzykę do tego musicalu oraz pracował przy nim jako kierownik muzyczny. 

Agnieszka Przekupień w "Cyrano" Fot. Photoballet, TM w Łodzi

Kolejna wielka osobowość, która stworzyła dzieło jedyne w swoim rodzaju. Dalej czasami nie dowierzam, że to mnie się dostało jako pierwszej wykonać te utwory i nagrać płytę z muzyką ze spektaklu. Odpowiadając zatem na Twoje pytanie - warto czekać nawet półtora aktu żeby zaśpiewać te utwory. Mam wrażenie, że kompozytor czegoś dodał szykując partyturę, bo za każdym razem gdy śpiewam utwory Roksany - odpływam...


Ubiegły rok to również rola w “Doktorze Żywago”. Przyznam się, że byłem na pokazie przedpremierowym, w którym grała Paulina Janczak. Ale Ciebie też wtedy widziałem w Operze i Filharmonii w Białymstoku, lubisz przyglądać się jak Twoje koleżanki kreują daną postać?

„Doktor Żywago” to kolejna wielka, jak nie największa do tej pory moja musicalowa przygoda. I tak się wspaniale złożyło, że znów miałam okazję spotkać się z Kubą Szydłowskim, ale też innymi cudownymi ludźmi, z którymi przyszło mi tworzyć ten wielki tytuł. Myślę, że zgrana ekipa i zdrowe relacje w zespole to połowa sukcesu. Tak było w przypadku premiery „Doktora Żywago”. Podczas castingu zostało wyłonionych sporo aktorów spoza zespołu teatru. Bardzo szybko okazało się, że każdy gdzieś i skądś się zna. Do tego jeszcze letni czas, w którym odbywały się próby oraz piękny i zielony Białystok, długie wieczory oraz fakt, że mieszkaliśmy wszyscy razem w hotelu - sprawiło, że bardzo szybko staliśmy się zgraną ekipą, którą zespół Opery przyjął z otwartymi ramionami. Oczywiście przy takim nagromadzeniu indywidualności nie zawsze bywa kolorowo. Bywają osobistości, które tak przejmują się rolą kolegi czy koleżanki, że zamiast pomagać milionem rad powodują gorący konflikt. W moim przypadku, przy kreowaniu roli Lary poznałam Paulinę Janczak i Anię Gigiel. I mogę powiedzieć, że każda z naszych Lar jest kompletnie inna, pomimo tego, że przez cały okres prób podglądałyśmy się nawzajem, dyskutowałyśmy o roli, przebywałyśmy ze sobą mnóstwo czasu. Ale czy to właśnie nie jest wspaniałe? Dzięki temu każdy spektakl jest inny w zależności od konfiguracji obsady.

Tęsknisz za “Doktorem Żywago”?


Oj i to jak! Ten tytuł skradł mi moje serce. Do reszty! Tęsknię za Operą - jako wymarzonym miejscem pracy, gdzie wszystko działa jak w zegarku i ludzie mają do siebie szacunek i otwarte serce, za Białymstokiem i Podlasiem, które urzekło mnie wolniej płynącym czasem, spokojem i zielonością, tęsknię za ludźmi, których tam poznałam i którzy przyjęli mnie do siebie jak „swoją”. (Na mój przyjazd napisali nawet na murze w centrum miasta: MUREM ZA JAGĄ) (śmiech). Ale najbardziej tęsknię za moją Larą. To chyba dla mnie moja największa i najcenniejsza rola, którą przyszło mi wykreować. Nawet nie wiesz jak cieszę się na jesień 2018! Opera ma w planie set aż 40 spektakli!

W musicalu "Doktor Żywago" Fot. OiFP / M. Heller

Jaką rolę w Twoim życiu odgrywa Fundacja MUSICAMP? Czujesz, że w tej działalności pomagasz innym realizować marzenia?

Ja swoją pasję odkryłam w szkole podstawowej - w Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Artystycznej w Zakopanem. W 5 klasie na zajęciach teatralnych przygotowywaliśmy piosenki z Kabaretu Starszych Panów. Moim debiutem w tej formie była piosenka „Tango Kat”. Do dzisiaj pamiętam ten występ. To było dla mnie jak objawienie. Wtedy to zdecydowałam, że w swoim życiu chcę połączyć śpiew, taniec i aktorstwo! Chociaż byłam 12-letnią dziewczynką siła moich marzeń była tak ogromna, że zaczęłam szukać możliwości, by wszystkie te trzy dziedziny połączyć. Niestety poza szkołą, do której chodziłam w tym czasie w Zakopanem, nie było zbyt wielu szans na rozwój w dziedzinie artystycznej. 


Obiecałam sobie wtedy, że jeżeli mi się uda - otworzę dla dzieci i młodzieży w Zakopanem szkołę lub warsztaty artystyczne, by miały szansę na spełnienie swoich marzeń. Minęło parę dobrych lat, otrzymałam to, czego chciałam i zabrałam się do realizacji własnej obietnicy. Przy tworzeniu MUSICAMP-u towarzyszyli mi moi najwspanialsi przyjaciele z Akademii Muzycznej w Gdańsku i mój ówczesny chłopak. Tak się stało, że tworzymy go nadal, wspólnie już przez 4 lata.

MUSICAMP spełnia w moim życiu ogromną rolę. Dzieci, które do nas przyjeżdżają są spragnione pracy, zajęć, wyzwań. To niesamowicie motywujące obserwować upór, zaangażowanie i siłę tych młodych talentów, a jeszcze bardziej cieszą ich sukcesy i spełnienie. Często przyjeżdżają do nas dzieci, które są z nami od początku istnienia fundacji. Na przestrzeni tych paru lat pomiędzy uczestnikami i instruktorami nawiązały się wspaniałe przyjaźnie. Sami uczestnicy lubią nazywać się Musicampową Rodzinką. Staramy się przekazać pasję i warsztat jak tylko umiemy najlepiej jednocześnie zachowując aurę przyjaźni i wzajemnego szacunku do siebie. Organizując warsztaty dla dzieci, organizuje je także dla siebie. To co dajesz, wraca do Ciebie i to w pomnożonej ilości. Energia, motywacja i spełnienie, która wypełnia mnie zawsze podczas koncertów finałowych warsztatów to coś, czego żadna rola nie jest mi w stanie dać. To jest coś znacznie, znacznie większego.

Agnieszka Przekupień Fot. arch. pryw., Fot. Mika

Miałem przyjemność usłyszeć Cię w Kielcach w “Pieśniach szczęścia”, gdzie zresztą rejestrowano koncert, który później został wydany na płycie. To chyba był Twój początek współpracy z Piotrem Rubikiem? Jak to wspominasz?

Tak, to był mój debiut w tej stylistyce i w roli solistki Piotra Rubika. Zanim jednak zaśpiewałam koncert w Kielcach nagrałam wraz z Marcinem Januszkiewiczem singiel „Miłość to słowa dwa” promujący tę płytę. Pamiętam, jak ogromne było moje zdziwienie i stres, kiedy to od razu po pierwszej próbie u Piotra w Warszawie (kiedy dopiero co się poznaliśmy!), zabrał mnie do studia i poprosił o nagranie żeńskiej partii piosenki. Wtedy już wiedziałam, że ta współpraca będzie ciekawa i emocjonująca! I się nie myliłam! Dzięki tej współpracy odkryłam "estradową" wersję siebie, dzięki trasom koncertowym po Stanach Zjednoczonych zwiedziłam kawał świata, ale też poznałam swoje fizyczne i psychiczne możliwości, pokonując trudności jakie niesie tułaczy tryb życia, doświadczyłam wielu cudownych chwil występując na olbrzymich scenach Polski i Świata.

Może to nietrafne określenie, ale czy masz bardziej “oratoryjną, rubikową” duszę, czy jednak bardziej musicalową.

Podoba mi się to określenie „rubikowa dusza” (śmiech). Myślę, że moja dusza może pomieścić w sobie wiele odcieni, stylów, odsłon. Podnieca mnie różnorodność działań artystycznych, w które obecnie jestem zaangażowana. Ta różnorodność nie pozwala mi się nudzić i ciągle zmusza do rozwoju. Uwielbiam miesiące, w których przeplatają mi się koncerty z Rubikiem z musicalem i spektaklami Teatru Pieśni Kozła. Ta ciągła zmiana perspektywy powoduje, że za każdym razem doceniam w stu procentach to, co posiadam i to, co robię. Dzięki takiemu trybowi pracy mam zawsze świeże spojrzenie na odgrywaną przez siebie postać, pozwalam sobie na ciągłe eksperymentowanie i eksplorowanie roli, „podrasowywanie” utworów.

W koncercie "Pieśni Szczęścia" w Kielcach w 2015 Fot. www.rubik.pl / autor Anna Powierża

Dla mnie każdy dzień to nowa droga, nowy start, nowe wyzwanie, a dni tak bardzo lubią się od siebie różnić. To mnie nieustannie ekscytuje, spełnia i sprawia, że każdego dnia życia dziękuję, że moja praca jest moją pasją.


W 2017 zadebiutowałaś w przywołanym przed chwilą Teatrze Pieśni Kozła. To bardzo ciekawe miejsce... Skąd pomysł, żeby tam zapukać? A może to Ciebie zaproszono?


Teatr Pieśń Kozła to miejsce, o którym nie potrafię opowiadać. Naprawdę. Nie wiem jaki jest tego powód. Mogę jedynie przypuszczać, że Grzegorz Bral - założyciel, dyrektor i reżyser tego teatru, po przygarnięciu nowej osoby rzuca na nią klątwę, by nie mówiła o tym, co się w tym teatrze wyprawia (śmiech). Oczywiście sobie żartuję chociaż myślę, że jest w tym odrobina prawdy. Nie wszystko da się opowiedzieć. Pewnych rzeczy trzeba doświadczyć samemu, zobaczyć, usłyszeć, poczuć. Czasami słowa zamiast czynić dobrze, szkodzą, bo nie są w stanie wyrazić istoty sprawy. Spektakle, które ten teatr prezentuje to coś więcej niż estetyczne doznanie. Dla mnie za każdym razem jest to doznanie wręcz metafizyczne


W przypadku tego teatru - zapukałam do niego sama, za namową reżysera Tomasza Mana, z którym miałam okazję przygotować spektakl muzyczny towarzyszący rozdaniu nagród Angelus w Teatrze Muzycznym Capitol. Zadzwoniłam, umówiłam się na wewnętrzne przesłuchanie, a dopiero potem dowiedziałam się o charakterze tego teatru. Muszę się przyznać, że na początku stchórzyłam. Po prostu wystraszyłam się go, pomyślałam, że to nie moja bajka. Dopiero za namową mamy i mojego ówczesnego chłopaka zdecydowałam się jednak spotkać z Grzegorzem. Teraz wiem, że byłabym o niebo uboższa, gdybyśmy się nie spotkali. W październiku zeszłego roku weszłam do spektaklu w zastępstwie, za Annę Marię Jopek. Nie na co dzień przychodzi mi się zmierzyć z tak wysoko postawioną poprzeczką. Nie chciałam jednak kopiować Anny, lecz wnieść do tego spektaklu cząstkę siebie. I to Grzegorz pomógł mi ją znaleźć i wyśpiewać. Otworzył „puszkę” zwaną duszą, z której wypłynęły wszystkie moje doświadczenia, boleści, pragnienia, tęsknoty i przeobraził je w muzykę...

Agnieszka Przekupień Fot. Trzecieoko

Wróćmy jeszcze do musicalu. Na jaką rolę masz apetyt? Zdradź proszę, nawet jeśli jest to musical, który nigdy nie pojawi się w Polsce…


Na moje nieszczęście zakochałam się w musicalu „The Color Purple” i w roli Celie. Mówię „na nieszczęście” ponieważ to musical o czarnoskórych, więc nigdy nie będzie mi dane wcielić się w tą postać. Ale czy wszystkie marzenia są przeznaczone do spełnienia? Może niektóre z nich są powołane do tego, by motywować, wyznaczać kierunek i cel, i gdzieś zza tęczy spoglądać jak spełniają się inne - większe i piękniejsze - marzenia, których w życiu byśmy sobie nie wymarzyli!


Dziękuję za rozmowę