"Billy Eliot". Marzenia do zrealizowania

Mam szczególną słabość do Teatru Rozrywki w Chorzowie. Po pierwsze za różnorodność repertuarową i odwagę sięgania po tytuły niepopularne. Jak widać po wypełnieniu widowni i szybkości sprzedaży biletów, jest zapotrzebowanie na takie musicale. Po drugie jest coś niezwykłego w samym, budynku chorzowskiej sceny muzycznej. To połączenie zabytkowego obiektu (dawnego hotelu) z nowoczesnością. Po trzecie (zaznaczam, że ten wstęp nie jest sponsorowany) klimat miejsca (stojący w kącie fortepian nie jest tu ozdobą) oraz pracujący tu ludzie. Począwszy od pracowników kasy, przez służącą pomocą obsługę widowni, techników (których nie widać), po niesamowitych aktorów, których udało się zgromadzić w "Rozrywce".

Biorąc pod uwagę powyższe oddałem się przyjemności wyprawy do Wielkiej Brytanii, w czasach panowania Królowej Elżbiety oraz czasach rządów Margaret Thatcher. Brzmiący dźwiękami muzyki Eltona Johna - "Billy Elliot" to musical, na który od dawna planowałem się wybrać. Głównie za sprawą filmu (który serdecznie polecam) o tym samym tytule w reżyserii Stephana Daldry.  Chorzowski musical w przekładzie Michała Wojnarowskiego, wyreżyserował Michał Znaniecki.

To historia małego Brytyjczyka (w tej roli Beniamin Bracki), wychowywanego samotnie - po śmierci matki (Wioletta Białk) - przez ojca górnika (Robert Talarczyk), nieco sfiksowaną babcię (Maria Meyer) i brata (Piotr Bułka), dla którego cały świat kończy się na granicy miasteczka Cortonwood. Czasy są trudne. W całym kraju wybuchają strajki. Każdego pensa trzeba oglądać kilka razy, brakuje pieniędzy na przyjemności. "Nadziei tli się żar, nie spoczniemy, bo wierzymy w godny byt" - śpiewają górnicy. Billy choć ma zaledwie 11 lat, obserwując mieszkających z nim mężczyzn, nie planuje pójść w ich ślady. Nie chce oddawać się również męskiej i... jedynej przyjemności jaką jest nauka boksu. Billy żyje w swoim własnym świecie ("ja we śnie, robię co chcę") i wybiera swoje marzenie o tańcu - "ja nie chcę dzieciństwa, ja chcę tańczyć". I krok za krokiem uparcie dąży do jego realizacji. Potajemnie uczęszcza do szkółki baletowej niespełnionej pani Wilkinson ("kołyszemy dzidzię"), wyznawczyni maksymy, że "człowiek ma ruch we krwi", a "życie to boogie". Dla półsieroty, Wilkinson staje się kompasem na drodze do kariery,  życiowym przewodnikiem. Nie mam wątpliwości, że to najmocniej lśniąca postać tego musicalu, zagrana rewelacyjnie przez Annę Ratajczyk.

"Billy Elliot" to prosta, ale i piękna historia. Lekcja cierpliwości i wytrwałości w realizowaniu marzeń. Nawet tych najdziwniejszych; oczywiście tylko w oczach innych. (Bliscy śmieją się z Billy'ego, że będzie występował w rajstopach i że pewnie "jest ciotą"). Warto przejść tę drogę by osiągnąć cel: "lśnić" - jak mówi nauczycielka chłopca. Na szczęście również w najbliższych - którzy musieli pogodzić się z porażką własnych pragnień - chłopiec znajduje oparcie: "My już przegraliśmy. Musimy przyszłość dać. Jego stać by gwiazdą być. Niech szansę od nas ma".

To musical o pasji jaką jest taniec. Chorzowski spektakl pozostawia niewielki niedosyt w tej materii, zwłaszcza jeśli chodzi o rolę tytułową. Billy z musicalu nie jest tak przekonujący jak Billy w filmie. Mam wrażenie, że zabrakło lekkości i emocji w pokazaniu tej postaci. Zdaję sobie sprawę, że dla młodego artysty to spore wyzwanie, zwłaszcza gdy występuje się na tle zawodowców, którzy wtapiają się w graną przez siebie rzeczywistość. Młodym aktorom wróżę jednak świetlaną przyszłość. Podziwiam Was za odwagę samodzielnego obcowania ze sceną i... publicznością, którą macie na wyciągnięcie ręki (dosłownie). Zachwyciła mnie scena tańca z "manekinami"; choreografia ze stepem - rewelacyjna.

W spektaklu nie można oderwać oczu od zbiorowych choreografii (autorstwa Katarzyny Aleksander-Kmieć), np. tej przy "Zawsze tylko solidarni", gdzie miałem wrażenie, że (chyba) wszyscy występujący w spektaklu, rozsadzą swą energią scenę. Wspaniały ruch tancerzy można podziwiać przy "Życie to boogie", czy w trakcie szopki pani premier. Podziwiałem również przepiękny taniec w trakcie songu babci oraz genialny ruch "dorosłego" Eliota (Łukasz Zasik). Serca widzów kradną... małe baletnice (Julia Borówka, Olivia Klinke, Maria Radwańska, Hanna Rakoczy, Maria Rakoczy, Aleksandra Stangel, Martyna Zięba). Duże baletnice również (górnicy w sukienkach).

Chylę czoło przed autorem scenografii Luigi Scoglio. Na niewielkiej przestrzeni, udało się zmieścić, mieszkanie Elliotów, pokój Billy'ego, salę treningową młodych bokserów, szkółkę pani Wilkinson oraz również jej pokój na piętrze, a także... kopalnię w Cortonwood (w której akcja zaczyna się dziać na długo przed dzwonkiem ogłaszającym rozpoczęcie spektaklu). Sprawne operowanie mechanizmami obrotowej sceny, umiejętne granie światłem (w reżyserii Bogumiła Palewicza) przenosiło nas z miejsca na miejsce. Niesamowicie wygląda szafa, z której przyjaciel Billy'ego Michael (Krzysztof Stańczykiewicz) wyjmuje sukienki. Pomysłowo "zagrał" również cień. Uwagę przyciągają ekrany starych telewizorów. Wyświetlane obrazy dodają kontekstu wydarzeniom rozgrywającym się na scenie.

"Billy Elliot" to historia, która może zdarzyć się wszędzie. Każdy ma marzenia, pasje. Niezrealizowane stają się powodem tego, że "musimy się taplać w beznadziei". Inaczej jednak się dzieje, gdy na naszej drodze stają osoby, które wyciągają pomocną dłoń. To mogą być obcy ludzie, którzy wierzą w nasze możliwości. To czasami jest również rodzina, która potrafi zaufać. Billy Elliot zaraża nadzieją i pobudza do... działania. Bo marzenia nie są do marzenia, ale do realizowania.

"Billy Elliot" po chorzowsku to idealnie przyprawiony musical. Nie bez powodu tę produkcję rekomenduje sam Sir Elton John. Doskonała gra aktorska, fantastyczny zespół tancerzy oraz wspaniale brzmiąca muzyka. Musical poleca również musicalove.info.

Zdjęcia w tekście pochodzą ze strony internetowej Teatru Rozrywki w Chorzowie oraz własnego archiwum.