Edyta Krzemień: "Powiedziała mi: śpiewaj takie rzeczy! Dzikie i mistyczne".

O skoku na głęboką wodę w “Romie”, politycznych planach, rezygnacji z niektórych musicali, spotkaniu z Lisą Gerrard, własnych uczniach i... uczeniu się prostoty - Edyta Krzemień w rozmowie z musicalove.info.

Musicalowa i sceniczna historia Edyty Krzemień zaczyna się od “Upiora w Operze”?

Od najmłodszych lat wyszukiwałam dla siebie różne pasje i fascynacje muzyczne. Któregoś dnia trafiłam na “Upiora w operze”; najpierw to był film, a potem zapadła decyzja, że kupię sobie nuty. Całość w języku angielskim, łącznie z utworami zespołowymi, przygotowałam z pomocą mojej nauczycielki śpiewu w szkole muzycznej, Zofii Altkorn. To było rok przez castingami do “Upiora ” w Teatrze Roma.

To jak otwarcie ciasteczka z dobrą wróżbą?

Zaprogramowałam w sobie coś, co jeszcze się nie wydarzyło… Gdy pojawiło się ogłoszenie o naborze do musicalu w Romie, wiedziałam, że muszę tam pojechać. Oczywiście nie wiedziałam z jakim skutkiem to będzie się wiązało, ale byłam przekonana, że muszę tam być...

Lisa Gerrard i Edyta Krzemień. Fot. Kinga Karpati

Tam... czyli na scenie Teatru Roma?
To było moje marzenie, ale premiera “Upiora w operze” to był skok na głęboką wodę; bez doświadczenia w zawodzie aktora, jedynie z wiedzą jaką daje wykształcenie w szkole muzycznej. Mam wrażenie, że przy takich postaciach jak Christine Daae sprawdza się naturalność i intuicja, bardziej niż teatralne, aktorskie budowanie postaci. Rolę Christine programowałam w sobie przez cały rok, dobrze ją czułam całą sobą.

Skoro świat teatru miałaś gdzieś w sobie zaprogramowany, to czemu poszłaś na politologię, dziennikarstwo? Nie wyobrażam sobie poseł Edyty Krzemień...
Może nie tyle chciałam być politykiem, kiepsko bym się czuła na przykład w sejmowej ławie. Bycie u władzy raczej by mnie nie kręciło. Zainteresowanie politologią to był efekt posiadania bardzo dobrego nauczyciela wiedzy o społeczeństwie w moim liceum, który zaraził mnie pasją do tematyki społeczno-socjologicznej. Zdawałam więc na politologię, ale niestety się nie dostałam i trafiłam na dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. To było koło zapasowe, ale dobrze się stało, bo na tych studiach było wszystkiego po trochu: media, polityka, socjologia, psychologia, filozofia, historia sztuki a nawet matematyka związania z odczytywaniem informacji giełdowych.

A teraz władzę nad Tobą ma musical. Po “Upiorze” pojawiły się kolejne spektakle.
Musical to jedna z ważniejszych części mojego życia. Ciężko będzie to kiedykolwiek przerwać. Moje kolejne role pojawiały się dzięki wytężonej pracy, wręcz rzemieślniczej oraz dzięki „Górze” - w co bardzo wierzę - plus odpowiednie nastawienie. Wiedząc o castingu przygotowuję się do niego wewnętrznie. Projektuję w sobie tę postać. Powoli się nią staję… I naprawdę z roku na rok widzę, że propozycje, które pojawiają się na polskim rynku idą w zgodzie z moim aktualnym rozwojem i gotowością na te poszczególne wyzwania. Dlatego wierzę, że droga, na której jestem jest dobrą drogą.

Damian Aleksander i Edyta Krzemień. Fot. Michał Heller

Ale zdarza Ci się nie pójść na jakiś casting?
Mam coś takiego, że jak nie czuję jakiegoś tytułu, jakiejś roli, to nie idę na przesłuchania. Muszę być na sto procent pewna, że “to jest moje”, że zwyczajnie tego nie oddam (śmiech). Koledzy pytali dlaczego nie poszłam na casting do “Czarownic z Eastwick”. To super musical, ale wiem, że nie dałabym z siebie tego, co bym chciała. Na tym etapie są ludzie bardziej odpowiedni do tych ról. Z przyjemnością pójdę na premierę podziwiać kolegów po fachu.

W Twojej karierze są też “Opowieści zimowe” Maury Yestona. Stworzone jakby dla Ciebie?
“Opowieści zimowe” to był pewien proces... Piotr Deptuch (dyrektor artystyczny Teatru Muzycznego w Poznaniu), który wpadł na pomysł zrobienia spektaklu na podstawie utworów Maurego Yestona „December Songs”, rzeczywiście w tym materiale zobaczył mnie. Na początku nie mogłam się przekonać; słuchałam raz, potem kolejny, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Po jakimś czasie zobaczyłam tłumaczenia Lesława Halińskiego i właśnie wtedy poczułam, że “Opowieści zimowe” to będzie to! Że tak naprawdę mogę w w tym spektaklu opowiedzieć o czymś ważnym, o czymś co przeżywa prawdopodobnie każdy chociaż raz w swoim życiu, czyli o wielkiej niespełnionej miłości. I że możemy wszyscy spotkać się w jednym miejscu i w jednym czasie, i przybić sobie piątkę w poczuciu... ok... nie jestem sam. Jest nas więcej z podobną historią w tle.

Jak wygląda praca nad tym spektaklem? Ile z Ciebie jest w bohaterce spektaklu?
“Opowieści zimowe” wyszły ze mnie, łącznie z pomysłami inscenizacyjnymi. Janusz Kruciński jako reżyser bardzo mnie słuchał. Podeszłam do tego emocjonalnie, a Janusz “praktycznie”, czyli co możemy zrobić, żeby te emocje realnie przekazać, jakich użyć do tego środków. Co roku spektakl przeżywam od nowa z kolejnymi życiowymi historiami (śmiech). Na dwa tygodnie przed występem jestem już emocjonalnie przygotowana. Jakoś tak Pan Bóg mnie prowadzi. Wiem, że wejdę na scenę i nie będę musiała niczego grać, że to ze mnie po prostu wypłynie. Z każdą zimą jest jednak coś nowego, jakiś nowy pomysł rodzący się z innej perspektywy, a tą perspektywą jest dojrzewanie.

Podziwiam Cię, że w jednym sezonie potrafisz wcielić się w tyle postaci. Jak udaje się zapamiętać wszystkie te kwestie, nuty, dźwięki…?

Sama się dziwię, że to tak jest, że tyle tego pamiętam. Ale ról się nie zapomina. Często jest tak, że ubieram kostium i już jestem np. Molly. Przychodzę półtorej godziny wcześniej do teatru i jestem Edytą Krzemień i myślę sobie: “nie zagram tego spektaklu”. I nagle robią mi fryzurę, makijaż, ubieram swoje kostiumy i nie widzę siebie. Nie czuję nawet własnych emocji, tylko emocje bohaterek, w które się wcielam. Nie ma mnie w lustrze. I już do końca pozostaję w mojej roli. Dla mnie to magia.

W kwietniu Filharmonia i Opera Podlaska wznawia “Upiora w operze”. Wrócisz?
Oczywiście. 10-lecie “Upiora…” przed nami. To zabawne, że są ludzie, którzy urodzili się 10 lat temu i teraz mogą przyjść na spektakl i tacy, którzy mieli wtedy 10 lat i nie widzieli i teraz też mogą to obejrzeć. Zagramy dla dwóch nowych pokoleń, a my, obsada sprzed 10 lat.. wciąż jesteśmy tacy sami... (śmiech)

… Lisa Gerrard...
Jest moim idolem, autorytetem i ogromną inspiracją. Mamy inne głosy, ale czuję, że gdybym mogła jeszcze raz wybrać (wciąż to mogę) moją muzyczną drogę,  to poszłabym w tę stronę, którą podąża Lisa Gerrard. Odkrywam, że ta wokalizowa część jest we mnie. Wszystko co można powiedzieć poprzez głos traktując go wyłącznie jak instrument - to właśnie robi Lisa. Ona ma ogromną teczkę z utworami, ale nie znajdziesz tam kartek z tradycyjnym zapisem nutowym, są jedynie dziwne szlaczki na kremowych tekturach sporych rozmiarów... które tylko ona rozumie doskonale. To jej własny meta-język. Lubię takie magiczne rzeczy. Z musicalowych dzieł to właśnie “Upiór w operze” jest najbliższy temu. A.L.Webber napisał te melodie w doskonały sposób, na długich frazach idealnie połączonych słowami ale w taki sposób że nawet jakbym śpiewała „bla bla bla” na tych melodiach to jestem pewna że widz i tak wiedziałby o co chodzi. To jest kompozytorskie mistrzostwo i m.in. na tym polega geniusz Webbera.

Spotkałaś się z Lisą?
Wystąpiłam z nią na jednej scenie w spektaklu Zbigniewa Preisnera “2016 Dokąd?” który odbył się w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Po koncercie na bankiecie sporo rozmawiałyśmy o muzyce. Zapytała mnie, co chcę robić w życiu, czy rzeczywiście widzę siebie tylko w musicalu, oraz zapytała bardzo wprost czy nie szkoda mi na to czasu.


Serio? I co jej odpowiedziałaś?
Opowiedziałam jej wtedy o moich różnych fascynacjach muzycznych sięgając po world music czy folk. Zachęcona przez Lisę zaśpiewałam kilka cygańskich melodii. Pierwszy raz odważyłam się publicznie i to w dodatku idolowi zaśpiewać coś, co śpiewam jedynie w samochodzie i pod prysznicem. I ona powiedziała: “To jest to. Śpiewaj takie rzeczy. Dzikie i mistyczne. Nagraj płytę!"

Zmobilizowała Cię?
Tak, mam nadzieję, że kiedyś to zrobię. Musi być na to czas i spokojna głowa. Wtedy będę kreować moje światy. Ale jestem już bardzo blisko...

Fot.  Anna Włoch

Poza sceną sporo czasu angażujesz w uczenie innych.
Mam wielu studentów. Na uczelniach w Warszawie i Poznaniu oraz prywatnie. I chyba nie do końca jeszcze wierzę w swoją siłę pedagogiczną. To co z nimi robię dzieje się naturalnie. Wchodzę z nimi w relację, widzę ich potrzeby, słuchają moich uwag, sugestii, a potem sami dają coś od siebie, powoli stają się twórcami.

I jakie efekty przynosi ten model pedagogiczny?
Mam studenta na Uniwersytecie Muzycznym im. F. Chopina w Warszawie, Michała Dudkowskiego. Po dwóch latach nauki jego rozwój mogę porównać do skoku przez ocean. Obecnie gra rolę Mariusa w łódzkiej inscenizacji „Les Miserables”. Natalia Krakowiak, która również jest na drugim roku, jest ze mną na roli Niny w musicalu „Piloci” w TM Roma. To już bardzo świadoma artystka występująca na scenie właściwie od dziecka, uczymy się od siebie nawzajem. Na pierwszym roku w Warszawie mam jeszcze jeden nieoszlifowany diamencik. Oprócz tego wraz z Damianem Aleksandrem uczę pięć dziewczyn w Akademii Muzycznej w Poznaniu, które z miesiąca na miesiąc robią ogromne postępy. Daje mi to radość, że to się udaje. Będę bardzo szczęśliwa jak już będą pracować, znajdą swoje miejsce. Nie gram przed moimi uczniami wielkiego profesora. Jesteśmy na równi. Mogą mi zaufać i czerpać z mojego doświadczenia, kreując swoją twórczość.

Wspomnieliśmy Zbigniewa Preisnera. Często ostatnio u niego pracujesz. W styczniu wystąpisz w jego koncercie “Kolędy stare i nowe”.
To ogromne szczęście, że mogę pracować w musicalu, ale lubię poszerzać repertuar i czasami uciekać od musicalu. Ale czuję, że szukam znów czegoś nieosiągalnego. Cieszę się jak dziecko, że mogę ze Zbigniewem Preisnerem robić inne rzeczy. Czy to jest muzyka filmowa (którą osobiście uwielbiam) czy piosenki wywodzące się korzennie z Piwnicy pod Baranami. Preisner uczy mnie śpiewania tekstem. Żebym rozumiała co śpiewam. I to jest dla mnie naprawdę wyzwanie bo jak już wspominałam, jestem bardziej muzyczna; wolę frazować jak instrument, chować się za dźwiękami, za wokalizami.. a w teatrze za fasadą postaci w które wchodzę. Często słyszę od niego: a po co tak długo ciągniesz ten dźwięk? a po co w tym miejscu wibracja? A dlaczego w tym miejscu bierzesz oddech? do czego dążysz w tym zdaniu? Mogłabym wymieniać jeszcze wiele. W Preisnerowych utworach chodzi o to żeby zaśpiewać prosto, ale tak żeby maksymalnie stać się treścią przekazywanych słów. Cały czas uczę się tej prostoty.

maciejgogolkiewicz@musicalove.info

Zdjęcia w tekście Kinga Taukert, Michał Heller, Anna Włoch oraz archiwum prywatne Edyty Krzemień