„Mam wolę walki, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała”

Czy mając 6 lat wyśpiewała sobie rolę w musicalu? Od przedszkola do Opola, Voice of Poland, Notre Dame de Paris i... król Julian. O ważnych i ważniejszych etapach w życiu w bardzo szczerej rozmowie z musicalove.info opowiada Ewa Kłosowicz.

Zadebiutowałaś na scenie w wieku sześciu lat. To była scena programu "Od przedszkola do Opola". I na dodatek zajęłaś pierwsze miejsce! Jak to się stało, że tak wcześnie scena stała się Twoim drugim domem, a głos narzędziem pracy?

Wiesz, że nie wiem??! Pamiętam sytuację z naszego mieszkania, w której leżąc na ziemi wyję wniebogłosy na wieść, że rodzice „ogarnęli” dla mnie występ. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy byłam przerażona. Podobno Babcia była pomysłodawcą i to ona zobaczyła mnie w tej roli. Nie wnikam. Tak wyszło, że wysłali mnie do telewizji.

Sześć lat temu wzięłaś udział w Voice of Poland. Podczas przesłuchań w ciemno odwrócili się Ania Dąbrowska i Andrzej Piaseczny - jak wspominasz tę przygodę?

Najlepiej! Mając obecnie zupełnie inną perspektywę widzę zarówno plusy jak i minusy tamtych wydarzeń, jednak na tamten czas, dla zwykłej amatorki była to wyjątkowa przygoda. Za nic nie cofnęłabym czasu! To było jak zderzenie z jakimś kompletnie innym, odjechanym światem. Magia telewizji to głównie to wszystko, co dzieje się za kulisami. Nie miałam wcześniej tego typu doświadczeń. Obcowanie z ludźmi mediów i cała otoczka show-biznesu to była dla mnie abstrakcja, a kręcąc się po studiu, w odróżnieniu od dużej części doświadczonych już uczestników, czułam się, jakby ktoś zostawił mnie samą w centrum Nowego Jorku. Pociągało mnie to, ale nie miałam ze sobą mapy. A zwiedzałam przez jakieś pół roku, ponieważ nagrania poszczególnych etapów tak rozłożyły się w czasie. Można by dużo opowiadać.
Cieszę się, że coś takiego się wydarzyło, bo teraz już prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na podobny ruch. A z drugiej strony... gdyby nie program, który mnie “obudził”, może nie byłabym tu, gdzie jestem.

Studiowałaś na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, przy okazji występując tam w "Piwnicy pod Baranami". Co się wydarzyło, że trafiłaś do Studium Wokalno-Aktorskiego przy Teatrze Muzycznym w Gdyni?

Tak, po maturze zaczęłam studia w Krakowie, jednak regularnie przyjeżdżałam do rodzinnej Częstochowy, ponieważ muzycznie byłam z nią wciąż związana. Znałam tam wielu muzyków, śpiewałam w zespole, z którym często występowałam, należałam też do estrady wokalnej, dzięki której trafiłam do Piwnicy pod Baranami. Jeździłam również za granicę na międzynarodowe festiwale wokalne, jednak wciąż jako tak zwany naturszczyk. W Gdyni okazało się, że moje muzyczne przygody nie mają nic wspólnego z profesjonalnym podejściem do tematu i muszę zacząć od podstaw. 


No i tu docieramy do Gdyni?


Kolega, z którym przyjaźniliśmy się od liceum któregoś razu zadzwonił do mnie i rzucił, że jedzie na egzaminy do “Baduszkowej”. Oczywiście słyszałam o tej szkole, ale absolutnie nie znałam musicalu, a na pamięć powiedziałam tylko wiersz na lekcji polskiego. Co prawda od dziecka taniec się przewijał, a w śpiewaniu miałam już parę doświadczeń, ale od tego daleko do zawodu aktora! Byłam wtedy na trzecim roku studiów i za chwilę miałam bronić pracy licencjackiej jako ekspert od relacji ze Wschodem. Zanim zdążyłam przemyśleć swoje słowa zadeklarowałam, że pojadę do Gdyni razem z nim. No i dalej wiadomo.

I potem pojawiły się w Twoim życiu musicale? Skrzypek na dachu, Grease, Shrek, Chłopi, Lalka, Zły, Ghost czy Przygody Sindbada Żeglarza. Czujesz się jak ryba w wodzie?

Bardzo szybko zauważyłam, że jestem absolutną ignorantką i faktycznie nic nie wiem o tym w co się wpakowałam. Wrzucona w ten cały teatralny młyn zaczęłam obserwować na czym polega ten zawód, obcować z ludźmi pracującymi w teatrze, oglądałam kolejne przedstawienia i jednocześnie zmagałam się ze swoimi ograniczeniami na zajęciach w studium. Wtedy okazało się, że mam takie samozaparcie i wolę walki, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała. Śmiać mi się chce, kiedy myślę z jakim zaangażowaniem wykonywałam swoje pierwsze nieudolne piruety albo robiłam etiudy, w których naśladowałam zwierzęta. To zabawne, ale jednocześnie mnie rozczula, bo ten zapał i wiara, że jeszcze uda mi się coś nadrobić udowodniły mi, że nie ma rzeczy niemożliwych. Od drugiego roku szkoły występowałam na scenie. Możliwość wchodzenia w kolejne spektakle jaką dawał mi gdyński teatr była dla mnie gigantycznym motywatorem, żeby pracować na swój warsztat. Mając świadomość swoich niedoskonałości harowałam jak wół gdy tylko zostało mi powierzone jakieś zadanie. Obserwuję, że jest tak do tej pory, kiedy ktoś daje mi szansę i wierzy, że podołam. Dostaję skrzydeł. I tak, kocham to co robię, chociaż za każdym razem, kiedy znowu padam na twarz zastanawiam się jaka to musi być miłość i ile ona jeszcze zniesie.

We wspomnianym już "Od przedszkola do Opola" śpiewałaś piosenkę Grażyny Łobaszewskiej "Brzydcy". Trochę sparafrazuję: Piękna ona, brzydki on, A taka ładna miłość - to tak jakbyś dwadzieścia lat wcześniej wyśpiewałaś sobie rolę Esmeraldy w "Notre Dame de Paris". Czym jest dla Ciebie udział w tej produkcji mającej międzynarodową renomę?

Nigdy w ten sposób nie pomyślałam, ale faktycznie to, że wykonałam tą piosenkę dwadzieścia lat temu w tym samym miejscu - bo program nagrywany był w gdyńskim Teatrze Muzycznym wydaje mi się czymś w rodzaju… znaku. Francuska produkcja spadła na mnie jakoś znienacka, trochę jak prezent, którego nie zdążyłam sobie jeszcze wymarzyć. To był taki dobry czas… czułam, że rozkwitam zarówno zawodowo jak i prywatnie. Sporo nauczyłam się podczas pracy nad spektaklem. I chociaż brzmi to banalnie, wiedza, którą zdobyłam wcale nie jest taka oczywista. Notre Dame to do tej pory największa odpowiedzialność jaką mi powierzono. Ogromnie to doceniam również z uwagi na wszystkie konsekwencje tej przygody. Dobre i paradoksalnie również te złe, dzięki którym jestem obecnie tym kim jestem. Ten czas nauczył mnie przede wszystkim pokory, pozwolił mi dojrzeć.

Pracujesz również w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. W "Nine" znów jesteś kobietą rozbudzającą męskie zmysły, grasz Carlę Albanese kochankę Guido. Znów famme fatale?

Haha! Tak wygląda. I chociaż mam czasem wrażenie że famme fatale jest mi bliska, i taką Esmeraldę mam gdzieś w sobie, to postać Carli jest wyzwaniem. W takiej odsłonie jeszcze nie miałam okazji wystąpić. Nie ukrywam - nie było lekko. Ale to sprawia że ten zawód zaczyna mnie kręcić jeszcze bardziej.

Wymarzona rola, na którą czekasz?

Nie marzę o konkretnej roli. Potrzebuję i pragnę dużych zadań. Uwielbiam pokonywać swoje ograniczenia i udowadniać sobie, że jestem w stanie zrobić na pozór nieosiągalne. Kilka dni temu miałam ogromną przyjemność wejść w musical Madagaskar w roli Króla Juliana. Kiedy dostałam propozycję zrobienia tej partii poczułam właśnie coś takiego… “nie wiem jak, ale to zrobię”. A teraz, po premierze stwierdzam, że dawno nie czułam takiej radości.

Poza wspomnianym Uniwersytetem Ekonomicznym (stosunki międzynarodowe), był jeszcze Uniwersytet Gdański i zarządzanie instytucjami artystycznymi. Jest też wokalistyka ze specjalnością musical na Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku na Wydziale Wokalno-Aktorskim. Ciągle w siebie inwestujesz! Czy to oznacza, że już na zawsze zwiążesz się z musicalem? A może któregoś dnia zostaniesz dyrektorem Teatru Muzycznego?


Na zawsze to chyba nie. Chociaż znam takie osoby, to nie wydaje mi się żeby w moim przypadku było to możliwe. Jednak stosunkowo niedawno nauczyłam się nigdy nie mówić nigdy. Chciałabym jak najdłużej spełniać się na scenie. Przynosi mi to ogromną radość, której źródło jeszcze nie do końca rozumiem i potrafię zdefiniować, ale czuję, że to kwestia czasu i kiedyś będę umiała odpowiedzieć sobie na więcej pytań. Studiuję na Akademii Muzycznej w Gdańsku, bo tylko ta uczelnia oferuje magisterski musical. Pracuję w zawodzie, w którym właściwie nie da się osiągnąć perfekcji. Zależy mi na tym, żeby cały czas się kształcić i chociaż próbować się do niej zbliżać. Bardzo nie chciałabym doczekać momentu, w którym przestanie mi zależeć. 


A może któregoś dnia zostaniesz dyrektorem Teatru Muzycznego?


Jeśli chodzi o kwestie zarządzania to faktycznie studia, które zrobiłam na Uniwersytecie Gdańskim dają takie kwalifikacje i to tytułowo w odniesieniu do instytucji kultury. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że lubię stawiać na swoim i bywam bardzo zasadnicza. Lubię organizować, dobrze się w tym odnajduję i daje mi to dużą satysfakcję, dlatego niewykluczone, że kiedyś spojrzę na sztukę z innej perspektywy.


W tekście wykorzystano zdjęcia z profilu FB Ewy Kłosowicz, strony Teatru Muzycznego w Poznaniu i Teatru Muzycznego w Gdyni. Autorzy zdjęć Piotr Manasterski, Adam Siwecki, Fotobueno.