"Jak odnieść sukces z Finchem?"


Takie pytanie zadaje w nowym musicalu Teatru Rozrywki w Chorzowie jedna z bohaterek. Odpowiedź znajdziemy na scenie: idealnie dobrany zespół aktorów, zagrana z precyzją rewelacyjna muzyka, fascynująca choreografia i teksty przesycone dowcipem. To wszystko składa się na sukces - trzygodzinny spektakl, który pozwala widzom oderwać się od jesiennej szarości.

Musical "Jak odnieść sukces w biznesie zanadto się nie wysilając" Franka Loessera w reżyserii Jacka Bończyka i przekładzie Jacka Mikołajczyka opowiada historię Pierreponta Fincha (w roli tej uwiarygadniający tę postać, niesamowicie zdolny Kamil Franczak), czyściciela okien, starannie wykonującego satysfakcjonującą go pracę. Gdy wchodzi w posiadanie poradnika o sposobach osiągnięcia sukcesu, zyskuje tajemną wiedzę, która tak naprawdę jedynie obnaża schematy ludzkich zachowań. Okazuje się, że chcąc ułatwić sobie wspinaczkę po szczeblach kariery wystarczy zaspokoić próżność innych, uczynić atutem skrywane słabości czy zwyczajnie uśmiechnąć się do kogoś. A do tego - "etyczne zachowanie zawsze popłaca".

dsc_6732lrjpg
Fot. Tomasz Zakrzewski

Razem z Finchem wchodzimy do korporacji - firmy produkującej zawiasy. Postawiwszy pierwsze kroki Finch niczym Nikodem Dyzma, wpada na samego prezesa J.B. Biggley (niezawodny Tomasz Steciuk, świetnie bawiący się swoją rolą). Incydent ten rodzi serię zdarzeń, które pozwalają zdobyć pierwsze... cygaro i wymarzoną pracę. "W takim stawie jak ten, zaczyna jako mała rybka". Smitty (Wioletta Białk) mówi o Finchu: "czym ten jełop, różni się od innych jełopów", a siostrzeniec prezesa, Bud (Kamil Baron, przy okazji świetnie tańczący) zauważa: "haruje jak wół, wogóle się nie obija, jest bardzo miły... straszna gnida".

Młoda recepcjonistka Rosemary Pilkington (dominująca wokalnie w musicalu Dominika Guzek, nowy nabytek chorzowskiej sceny) od razu zakochuje się w nowym pracowniku, bo takiego "młodego wykozaczonego nie było jeszcze". Z uprzejmości Pierrepont Finch czyni swój atut. Szybko zyskuje przychylność sekretarki prezesa wręczając jej... kwiatek - przecież to tylko "krótka chwila szczęścia dla starszej pani" (w roli panny Jones Izabella Maik kradnie serca publiczności).

Uczynnością i zaangażowaniem Finch zjednuje sobie kolejnych pracowników korporacji, począwszy od szefa działu przesyłek, dumnego ze swojego 25-letniego stażu ("Korporacyjny styl fajowy dla mnie jest"), aż po samego prezesa, który chcąc oderwać się od stresującej codzienności (w tym rozmów z żoną Gertrudą) robi swetry na drutach. Finch udaje, że i jego to interesuje. "Współczuje mężczyznom, którzy nie robią na drutach. Mają takie jałowe życie". Dowiaduje się również, że prezes Biggley nie ukończył renomowanej uczelni, choć potrafi wspomagać ją finansowo: "Od największego zera, dostają czek z wieloma zerami" - tłumaczy. Finch przekonuje, że ukończył tę samą uczelnię - Old Ivy i również kibicuje uczelnianej drużynie Świstaków. Kupuje tym prezesa.

Mając po swej stronie coraz liczniejsze grono, bawiąc się w małe intrygi, ale i mimo kłód rzucanych pod nogi przez Bud'a zasiada w końcu w fotelu wiceprezesa, "a to automatycznie czyni go księciem" - zauważa Smitty. Podkreślmy przy okazji - Bud to ważna postać w rozwoju zdarzeń. Jego wuj mówi o nim "łączy w sobie młodość, entuzjazm i bezdenny debilizm". I wszystko jasne.

W czasie wspinaczki po szczeblach kariery nasz bohater na bok odkłada uczuciowość ("wilczuś nie powinien się wiązać"), skupiając się na rozwoju zawodowym. O jego serce mocno walczy Rosemary, która tak naprawdę nie marzy o "księciu" z bajki, a o bohaterze, na którego powrót z pracy będzie mogła czekać w domu.

Rosemary to nie jedyna kobieta musicalu. Jest jeszcze Hedy La Rue, seksowna, choć intelektualnie nieskomplikowana kochanka prezesa, która trafia do jego firmy jako sekretarka, bo nie tylko "spełnia warunki", ale i... ma warunki (Wioleta Malchar-Moś dopracowała swoją bohaterkę w najdrobniejszych szczegółach). Produkcją zawiasów nie jest jednak zachwycona mówiąc, że to "jedno wielkie denne dno".

A co z muzyką? Każdą piosenkę musicalu widzowie nagradzają oklaskami. Sądzę, że nie tylko za kunszt wokalny artystów, ale i ze względu na treść. Na przykład "Czy sekretarka zabawką jest? Sekretarka to nie jest rzecz", czy "Jak to tak, że kawy brak" zachwycają tym, że trafiają w sedno korporacyjnej rzeczywistości. Piosenkom towarzyszą zaskakujące choreografie, które stworzył Jarosław Staniek. Trudno oderwać oczy od tego co dzieje się na deskach teatru i to przy każdej prawie okazji - zarówno w dziale przesyłek (zachwyca to co tancerze robią w tej scenie), w łazience VIP-ów (super pomysł) czy w scenie z sukienką (a raczej sukienkami - "prosto z Paryża styl"). A propos, kolorowe kostiumy Doroty Roqueplo przenoszą nas w latach sześćdziesiąte, a scenografia Grzegorza Policińskiego z windami to rewelacyjny pomysł. Już przed rozpoczęciem spektaklu stajemy u drzwi korporacji... Sprawdźcie to sami.

Z musicalu dowiedziałem się także, że "przeciwieństwo seksmaniaka to... biznesmen" i że oprócz rocznic i popularnych miesięcznic są jeszcze "tygodnice". Są jednak drobiazgi, które nieco mi przeszkadzały. Panowie wypychający na scenę elementy dekoracji byli mocno widoczni i ubrani w zwykłe stroje robocze zupełnie nie pasowali do całości. W scenie telewizyjnego nagrania wspomniany pan wędrował przez scenę z urządzeniem w dłoni , którym sterował dziwnym wózkiem wiozącym skrzynię. Jakby przybył z innej epoki...

Kiedy w ostatniej scenie prezes Biggley (Tomasz Steciuk) mówi: "uważajcie", brzmi to trochę jak przestroga przed korporacyjnym światem, w którym nie brakuje ludzi podobnych do prezesa, do Buda czy Fincha. Musical "Jak odnieść sukces w biznesie, zanadto się nie wysilając" powstał w 1961 roku. I zaskakuje to, że dziś jego przesłanie jest tak samo aktualne.

Jeśli szukacie musicalu z dużą dawką humoru, koniecznie wybierzcie się do Teatru Rozrywki w Chorzowie. Musical "Jak odnieść sukces w biznesie zanadto się nie wysilając" daje dużo przyjemności!

maciejgogolkiewicz@musicalove.info   Zdjęcia Tomasz Zakrzewski