"I gdyby tak, móc jeszcze raz, to zrobiłbym to samo".


Musicalove.info rozmawia z Januszem Józefowiczem, dyrektorem artystycznym Teatru Studio Buffo. W listopadzie Studio Buffo świętować będzie jubileusz 25-lecia istnienia.

1427810209551aa7a1b5ca3jpeg


musicalove.info: Gratuluję jubileuszu. Początek Studia Buffo sięga jesieni 1992 roku, co się wtedy wydarzyło?

Janusz Józefowicz: Byliśmy bezdomni, bo Teatr Dramatyczny nie chciał nas już dłużej gościć, a przecież mieliśmy zespół wspaniałych artystów, których zdążyliśmy już wykształcić i z którymi byliśmy emocjonalnie związani. Zdecydowaliśmy, że siedzibą dla grupy młodych ludzi, którzy mają za sobą przygodę z "Metrem", będzie budynek przy Konopnickiej. Że tu będą mogli kontynuować swoją artystyczną przygodę. To był stary budynek z nieco zapomnianą sceną, wówczas na tyłach budowy hotelu Sheraton. Wyglądało to okropnie: miejsce zaniedbane, zapuszczone i jeszcze ta budowa, wszędzie pełno błota.

musicalove.info: Po rozmachu (jak na tamte lata) i przestrzeni Teatru Dramatycznego,  jak udało się odnaleźć artystom w niewielkich pomieszczeniach przy Konopnickiej.

Janusz Józefowicz: Małe, ale własne. Udało się ożywić to miejsce, zaistnieć. Do tej pory jest tak, że nawet duże rzeczy, gramy później w kameralnej wersji w Studio Buffo. Od 25 lat dajemy radę. Oczywiście, że zawsze marzyła się nam duża scena musicalowa w Warszawie.

musicalove.info: Studio Buffo było w powojennej Polsce pierwszym prywatnym teatrem. Jak udało się przetrwać tyle lat?

Janusz Józefowicz: Pamiętam stosunek całego środowiska do tego co robimy. Ludzie pukali się w czoło, nie rozumieli o co chodzi. Bo przecież po co się męczyć, szukać gdzieś prywatnych pieniędzy i do tego ryzykować, skoro może być prościej... Skoro można dostać dotację od państwa i mieć zagwarantowane bezpieczeństwo. To myślenie dalej obowiązuje, do tej pory rywalizujemy w walce o widza z teatrami muzycznymi dotowanymi z publicznych pieniędzy.

Daliśmy radę. Mieliśmy zespół młodych ludzi i ten rodzaj energii, który nas wyróżniał i który nadal wyróżnia na teatralnej mapie Warszawy. Buffo było i jest naszym domem.

Najpierw był koncert "Do grającej szafy grosik wrzuć", przygotowany na Festiwal w Opolu. Został ciepło przyjęty, więc przenieśliśmy go do Buffo i to okazało się dobrym pomysłem na cały cykl. Zaczęliśmy przybliżać historię polskiej piosenki, dodając do tego rekwizyty, elementy rzeczywistości lat 70-tych, 80-tych. Potem pojawiły się "Wieczory..." podczas których przybliżamy światowe szlagiery. Cały czas jednak myśleliśmy o dużych produkcjach musicalowych. Powstały "Panna Tutli Putli", "Piotruś Pan", "Romeo i Julia" czy "Polita".

musicalove.info: Studio Buffo wykształciło i wychowało dziesiątki artystów, wokalistów, tancerzy, aktorów. Myślę, że będę wyrazicielem zdania większości: Dziękuję Buffo za Edytę Górniak, za Roberta Janowskiego, za Barbarę Melzer, Nataszę Urbańską czy Zosię Nowakowską. To duża odpowiedzialność znaleźć w tłumie nieoszlifowany diament i uczynić z niego skarb.

Janusz Józefowicz: "Buffo" jest nieformalną szkołą. Cały czas robimy nabory, castingi. Przy Teatrze działa Studio Artystyczne Metro. Wychowankowie "Buffo" pracują dziś na scenach wielu teatrów muzycznych i świetnie sobie radzą.

Na tym polega moja praca - na wyszukiwaniu utalentowanych ludzi i dawaniu im możliwości artystycznego rozwoju. Przeprowadziłem mnóstwo castingów, podczas których stanęło przede mną tysiące osób. Jest to taki rodzaj intuicji , która podpowiada mi kogo wybrać.

Pamiętam każdego z jego pierwszych momentów, na przykład Zosię Nowakowską na castingu w Poznaniu; była strasznie zakompleksiona, minoderyjna. I to było tak zupełnie na granicy, ale zdecydowałem, że jest to osoba, której warto poświęcić trochę czasu. Pamiętam też Kasię Groniec, zgarbioną, stojącą w rozciągniętym swetrze na końcu sali, która każdym ruchem udowadniała, że taniec jest dla niej czymś obcym. Ale w każdym z nich było to coś.

musicalove.info: - W spektaklach Studia Buffo pojawiają się rozwiązania sceniczne, które nigdy wcześniej nie były znane publiczności. Zaczęło się od laserów, potem była lejąca się woda, teraz są animacje 3D. Jak to się dzieje, że Buffo wyprzedza o kilka kroków inne teatry. Skąd czerpie Pan te pomysły?

Janusz Józefowicz: Technologiczne rozwiązania to efekt moich artystycznych poszukiwań. 3D wzięło się po moich doświadczenia przy produkcji musicalu "Czarownice z Eastwick" w Moskwie. Przygotowaliśmy fantastyczną, ogromną, a zarazem skomplikowaną scenografię. Tuż przed premierą okazało się, że zimą w Moskwie są duże spadki napięcia prądu i gigantyczna scena obrotowa zaczęła się zatrzymywać. Wszyscy musieli ją pchać. W trakcie obrotu podnosiła się wieża kościoła i na moich oczach ta wieża zahaczyła o portal i zaczęła się łamać. I ta ogromna dekoracja, która stała się pasmem nieszczęść i problemów, dała początek poszukiwaniom wirtualnych rozwiązań. Pomyślałem, że stereoskopia jest fantastyczna do zastosowania w teatrze. I tak powstała "Polita" pierwszy spektakl na świecie w 3D (w tym roku nagroda Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Musicalowym w Korei Południowej). Potem kolejne spektakle przeniosłem w wirtualny świat: Romeo i Julia,
Piotruś Pan i myślę, że pozostanę wierny tej technologii.

musicalove.info: W listopadzie odbędą się koncerty z okazji 25-lecia Buffo. Czego mogą spodziewać się goście tych spektakli?

Janusz Józefowicz:  Kompletujemy listę wykonawców. Chciałbym, żeby to był taki wspomnieniowy koncert z elementami retrospektywnymi i co ważne z udziałem ludzi, dla których to miejsce coś w życiu znaczyło.

muscialove.info:  Czy może Pan słowami Janka z Metra powiedzieć: "I gdyby tak, móc jeszcze raz, To zrobiłbym to samo"?

Janusz Józefowicz:  Myślę, że tak! Gdy patrzę na to, co dotychczas robię z perspektywy czasu, to widzę niesamowitą konsekwencję, o którą siebie nie podejrzewałem. Każdy z etapów mojego artystycznego życia miał jakieś uzasadnienie, wynikał z czegoś i do czegoś prowadził. Ten proces nadal trwa.