Czekając na Ivana?

Hiszpańskie rytmy, hiszpańskie temperamenty, hiszpańskie widoki i hiszpańskie gazpacho. Najnowszy musical warszawskiego Teatru Rampa "Kobiety na skraju załamania nerwowego" rozgrzewa, rozśmiesza i nie rozczarowuje!

(Nie masz czasu na czytanie? Wersja audio pod tekstem. Kliknij by przeskoczyć na dół)
sinternetkobietynaskraju012jpg

Na Ivana czeka jego kochanka Pepa - rozpoznawana na ulicy aktorka, znana z ról w filmach... reklamowych: kropel do nosa czy zupy pomidorowej. Na Ivana czeka też żona Lucia, która wraca do domu po 19-letniej "separacji", podczas której musiała nieco odpocząć. Na Ivana czeka Paulina, prawniczka, zagorzała obrończyni praw kobiet, którą mężczyzna ma zabrać w podróż na Ibizę. Na Ivana czeka też jego syn Carlos - nieśmiały, przeciwieństwo tatusia amanta - izolowany przez całe życie od ojca.

Najwyraźniej zarysowaną postacią musicalu jest Pepa Marcos (w roli tej Małgorzata Regent). Kobieta po czterdziestce, spędzająca życie u boku ukochanego mężczyzny. W ostatnich tygodniach kochanek unika jej. Zanim odkryje prawdę o nowej kochance, podejrzewa go o powrót do żony. I to powoduje, że jej "świat rozpadł się na pół". Zapytana przez wszechwiedzącego taksówkarza (będącego w spektaklu swego rodzaju narratorem - Sebastian Michalski) o to kim jest, odpowiada: "nieszczęśliwą kobietą". Mając świadomość, że "romans zamienia w papkę mózg", wciąż czeka na telefon od Ivana. Odsłuchiwane z automatycznej sekretarki, jakby wyrecytowane słowa pożegnania, doprowadzają ją do szaleństwa; jest na skraju załamania nerwowego, zaczyna rozmawiać z pomidorami i dosypuje valium do gazpacho, by zasnąć... bo "jak odnaleźć się po środku słonej wody".

Bliżej poznajemy też Lucię (odważna rola Anny Sztejner), żonę Ivana, która dopiero podczas sprawy rozwodowej, pokazuje nam prawdziwe oblicze. Schowana za fasadą wielkiej damy jest prostą, cierpiącą kobietą ("moje życie niewidzialne jest"). Przed sądem wyznaje, że nie oczekuje 20 milionów rekompensaty, lecz tego by małżonek "wrócił czas", w którym "zniknął, ale wciąż przy niej był".

A Ivan (Dariusz Kordek)? Jest tylko głosem na sekretarce, głosem w dubbingowanym filmie, postacią na zdjęciu czy słowami na kartce pocztowej. Gościem, który swoim kobietom daje... świecącą kaczkę. Chętnie dzieli się z kobietami uczuciem, bo "miłość jest wieczna... ma tylko wiele twarzy".

I gdy "wszystko się już plącze" Pepa przyznaje sama przed sobą, że "uganiamy się za miłością", a przecież "warto biec w inną stronę". Życie zmienia kierunek za sprawą kogoś, kto wkrótce pojawi się w życiu Pepy (nie zdradzę, by nie psuć widzom przyjemności), bo "modlisz się o jedno, a dostajesz drugie".

Spektakl zachwyca muzycznie bogactwem stylów rodem z Półwyspu Iberyjskiego, co w połączeniu z rewelacyjnym składem tancerzy nie pozwala oderwać oczu od sceny. Jest coś niesamowitego w choreografii stworzonej przez hiszpańskiego cudotwórcę - Santiago Bello. Trudno to opisać. Ciała tancerzy jakby sprężynują na ugiętych kolanach. Magnetyzm tego ruchu sceniczne zachwyca nawet w momentach, gdy tancerze tylko przemykają z jednej do drugiej kulisy. Najbardziej niezwykły choreograficznie fragment to ten gdy "najinteligentniejsza modelka" Candela (cudowna Paulina Grochowska) próbuje dodzwonić się do Pepy ("Nawet telefon zlewa mnie"), a jedyne co jej pozostaje do nagrać się na sekretarce. Taniec i zakręcony tekst wyśpiewany już na końcówce wydechu aktorki - to mój ulubiony moment spektaklu.
sinternetkobietynaskraju023jpg
Zachwycałem się również sceną wizyty policjantów w domu Pepy. Zabawna. No i to... gazpacho, które tu nie jest jedynie andaluzyjską, grzeczną zupką. I jeszcze ten młody człowiek od naprawy telefonu, który pojawia się na scenie niczym matador z czerwoną skrzynką na narzędzia zamiast płachty.

Poszczególne sceny spektaklu są jak namalowane. W scenografii widzę zarówno wnętrze domu, ale i ulice Madrytu, niczym na obrazach Pablo Picassa, mistrza kubizmu, kolorowane współczesnym mappingiem, który "porusza" zastygłe "ujęcia", dodaje im dynamizmu.

"Kobiety na skraju załamania nerwowego" inspirowane filmem Pedro Almodovara w reżyserii Dominiki Łakomskiej to dwie godziny świetnej zabawy. Rozrywka - na szczęście - bez przerysowanych postaci, doprawiona nutą Hiszpanii. Jest wszystko czego szukamy w musicalu: świetna muzyka, rewelacyjnie przetłumaczone teksty piosenek, taniec, humor i wzruszenia. No i to gazpacho... ale tego od Pepy nie spróbuję.

Najbliższe spektakle 24, 25 i 26 listopada, 29, 30 grudnia oraz podczas Wieczoru Sylwestrowego!
 
maciejgogolkiewicz@musicalove.info

Posłuchaj wersji audio recenzji: