"Aktorstwo opiera się na języku ciała. Trzeba grać tak, żeby nasze ciało nie kłamało".

Marcin Franc opowiada dla musicalove.info o dubbingowych przygodach, najważniejszej roli w życiu i ciągłych wyborach. Niezwykle szczera i dojrzała rozmowa o rodzinie, która wspiera i o "Rodzinie Addamsów". O miłości do teatru i "Love Story". 

Marcin Franc Fot. Katarzyna Kowalczyk, arch. pryw.

Zanim poruszymy poważne tematy, pozwól, że zacznę od czegoś lekkiego, dla rozluźnienia atmosfery? Jak to jest mieć imię Pupuran i być porywaczem dzieci?

(Śmiech) Super! Oczywiście nie jestem za propagowaniem działalności przestępczej polegającej na porywaniu dzieci dla swojej diabolicznej królowej, ale wiadomo, że im bardziej rola odbiega od twojego charakteru tym lepiej, a na pewno ciekawiej! Swoją drogą była to wspaniała inicjatywa, bo nagrania zostały zrealizowane dzięki środkom zebranym przez fanów tego tytułu, gdyby nie oni Czarodziejka z Księżyca nie przemówiłaby polskim głosem, a ja nie miałbym możliwości zdubbingowania swojego pierwszego czarnego charakteru! Świetna zabawa, bo oprócz tego, że oczywiście pamiętam tę bajkę z czasów jak jeszcze byłem przedszkolakiem, to pierwszy raz miałem możliwość dubbingowania anime, a to - jak się okazało - zupełnie inne doświadczenie niż przy dubbingowaniu filmów anglojęzycznych. Japonia posiada bardzo specyficzną kulturę, co przejawia się nie tylko w języku, ale przede wszystkim w sposobie przekazywania emocji, który najpierw trzeba trochę zrozumieć, żeby potem naturalnie przełożyć na język polski. Nie spodziewałem się też, że tylu moich znajomych było miłośnikami tego serialu!

To Twoja pierwsza przygoda z dubbingiem? Jest jakaś postać, której chciałbyś oddać swój głos?


Nie pierwsza, moim głosem mówi już kilka postaci z seriali Disneya i nie tylko. Jedną z pierwszych ról był Varian z serialu „Zaplątani”, uwielbiam go, nie dość, że jest bardzo ciekawym bohaterem, to dzięki niemu mogłem zaśpiewać przepiękny utwór Alana Menkena i Glenna Slatera - „Let me make you proud”, no i w oryginalnej wersji głosu tej postaci użyczył mój musicalowy idol Jeremy Jordan! 


Tak naprawdę moja fascynacja teatrem, filmem, śpiewem i musicalem wzięła się właśnie z bajek Disneya. Podobno codziennie kiedy wracałem z przedszkola prosiłem o włączenie „Króla lwa”, którego miałem na VHSie. Godzinami męczyłem rodziców tą bajką, siadałem przed telewizorem jak zaczarowany i potrafiłem kilka razy z rzędu oglądać to samo (śmiech)! "Herculesa" znałem na pamięć, podczas wyjazdu na wakacje siadałem na tylnym siedzeniu samochodu i potrafiłem wyrecytować całą bajkę z podziałem na role, oczywiście obowiązkowo śpiewając wszystkie piosenki. Właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba byłem bardzo męczącym dzieckiem (śmiech), chociaż rodzina zawsze powtarza mi, że jak podrosłem to brakowało im tego mojego śpiewania podczas podróży autem. 

Wygląda na to, że spełniłeś nienazwane jeszcze wtedy marzenia z tylnego siedzenia samochodu...

Dubbing był zawsze jednym z moich marzeń i ogromnie się cieszę, że właśnie teraz się ono spełnia, tym bardziej, że dzisiaj nie tylko ja mam z tego przyjemność. Moja młodsza o trzynaście lat siostra ostatnio obudziła mnie telefonem, mówiąc, że właśnie ogląda serial i słyszy, że chłopak z bajki mówi moim głosem i że jest ze mnie bardzo dumna. To jest dla mnie największa nagroda.

Praca przy dubbingu Fot. arch.pryw. Marcin Franc

Jeżeli chodzi o postać, której chciałbym udzielić głosu, to nawiązując do swojego dzieciństwa, od zawsze moim największym marzeniem był Simba z „Króla lwa”. Moja historia zatoczyłaby krąg, „krąg życia” jak powiedziałby Mufasa! (śmiech)

A teraz już zrobi się poważnie. Mając 22 lata zostałeś wybrany w castingu do roli 33-letniego Jezusa w musicalu Jesus Christ Superstar w Teatrze Muzycznym w Łodzi.  Jak wyglądały przesłuchania? Od razu wybrano Cię do tej roli?

 To był jeden z najbardziej stresujących i jednocześnie najpiękniejszych castingów w moim życiu. Miałem dwadzieścia dwa lata, w moim CV znajdowały się dwie role: Polinejkes w gdyńskiej „Antygonie” (moja postać umierała w prologu) i drugoplanowa rola w musicalu „Dźwięki muzyki” (gdzie tak naprawdę dopiero uczyłem się czym jest prawdziwy musical). Zdawałem sobie sprawę z tego, że nawet ze względu na sam wiek prawdopodobieństwo, że dostanę główną rolę jest niewielkie, więc przygotowałem również song Szymona Zeloty. Właśnie o ten utwór poproszono mnie gdy tylko wszedłem na scenę. Wtedy pomyślałem ' na Jezusa nie ma szans', ale potem komisja zapytała o „Gethsemane”, zaśpiewałem, podziękowano mi i na tym się skończyło. Tydzień później dostałem informację, że przeszedłem do kolejnego etapu, na który mam przygotować dodatkowo jeszcze jeden utwór Jezusa. Czułem, że gram o tak dużą stawkę, że kiedy kolejny raz pojawiłem się w Łodzi i zaśpiewałem „Poor Jerusalem” to totalnie zjadł mnie stres, poszło mi fatalnie, myślałem tylko o tym, że właśnie zaprzepaściłem swoją szansę na zagranie w tym teatrze. Wtedy komisja poprosiła, żebym zaśpiewał „Gethsemane”. Wiedziałem, że to jest moja ostatnia szansa, że drugiej nie dostanę. Dałem z siebie wszystko. Zaśpiewałem, a komisja wstała i zaczęła klaskać. Kompletnie nie wiedziałem jak się zachować. Byłem w szoku. Poprosili mnie, żebym podszedł do ich stołu i powiedzieli, że nie wyobrażają sobie, żebym nie zagrał w tym musicalu więc od razu proponują mi rolę Szymona Zeloty, a jeżeli chodzi o Jezusa to jedyne czego się boją, to mój młody wygląd, po czym dyrektor dodał, że coś wymyślą. No i wymyślili, po kilku tygodniach zadzwonili z informacją, że chcą żebym grał Jezusa. Tak właśnie dostałem do zagrania najtrudniejszą, jak do tej pory, rolę w moim życiu, postać mężczyzny nie tylko starszego ode mnie o jedenaście lat, ale będącego jednocześnie ikoną i to ikoną przez duże I. Wtedy pomyślałem, że skoro Webber mógł napisać to dzieło w wieku 22 lat to i ja się nie poddam!

To niesamowicie trudna rola? To nie tylko gra aktorska, śpiew, to oddanie całego swojego ciała, psychiki? Jak czujesz się po zagranym spektaklu?

"Jak z krzyża zdjęty!" A tak na serio - cudownie wykończony! To co teraz powiem zabrzmi pewnie bardzo patetycznie, ale ten spektakl za każdym razem jest dla mnie oczyszczający. Tak jak powiedziałeś, to nie tylko wyśpiewanie utworów, ale przede wszystkim potężne wyładowanie emocjonalne. W takiej materii nie ma mowy o udawaniu, bo wyjdzie nam opowiastka, jakaś przypowieść, a nie o to w tym spektaklu chodzi. Dla tak napisanych ról warto uprawiać ten zawód i tu kompletnie nie chodzi o to czy ktoś jest wierzący czy nie. Chodzi o emocje. Spektakl jest grany w języku angielskim, co nie jest ułatwieniem ani dla aktora w przekazie treści, ani dla publiczności w odbiorze. Widz, który nie zna dobrze obcego języka, a nie chce ciągle spoglądać na wyświetlane tłumaczenie, może odbierać tylko emocje. Tylko i aż! I to jest najpiękniejsze w teatrze. 

Marcin Franc w "Jesus Christ Superstar" Fot. Magdalena Hueckel

Możemy mówić do kogoś w innym języku, a on i tak rozumie co chcemy mu przekazać. Profesor Komasa powiedział nam kiedyś na zajęciach, że słowo zaczyna się dopiero wtedy, kiedy nie jesteśmy w stanie w inny sposób wyrazić tego o co nam chodzi, potem jest już tylko śpiew, a następnie taniec. To ważna myśl, która ma bardzo duże odzwierciedlenie w musicalu właśnie.

Myślę, że aktorstwo w ogromnej mierze opiera się na języku naszego ciała, na ciele w ogóle, jak to się często mówi: trzeba grać tak żeby nasze ciało nie kłamało, żeby odzwierciedlało emocje, które chcemy przekazać.

Czy rola w Jesus Christ Superstar zaważyła w jakiś sposób na Twojej dalszej karierze? Otworzyła Ci jakieś drzwi?

Świat musicalu w Polsce jest ciągle bardzo mały i wieści szybko się rozchodzą, szczególnie wśród twórców spektakli. To miłe kiedy coraz częściej zapraszają cię na casting, a nie idziesz tam z przekonaniem, że jesteś jednym z setek anonimowych ludzi. Ale to ciągle jest zaproszenie na przesłuchanie, na którym musisz udowodnić, na co cię tak naprawdę stać i zmierzyć się z tymi wszystkimi świetnymi ludźmi. Więc jeżeli chodzi o to czy dostałem jakąś rolę ze względu na to, że zagrałem Jezusa, to nie. Na pewno posiadanie tej roli w swoim CV to duży plus, jest to nadal jedna z najtrudniejszych musicalowych partii i komisja patrząc na zgłoszenie, może już w jakimś stopniu wyrobić sobie opinie na temat twoich umiejętności. To co dało mi zagranie w „Jesus Christ Superstar” to przede wszystkim wspaniały kontakt z Teatrem Muzycznym w Łodzi. Bardzo lubię tam wracać i gdyby nie moje zajętości bywałbym tam zdecydowanie częściej. A jeżeli jesteśmy już przy temacie Jezusa to serdecznie zapraszam na najbliższe spektakle, które odbędą się pod koniec marca.

Kolejna rola była już nieco lżejsza? Czy Love Story w Nowym Teatrze w Słupsku w towarzystwie niesamowitych kobiet: Katarzyny Tapek, Kaja Mianowana, pozwoliło Ci złapać oddech, zatrzymać się po emocjach JChS?

Nie wiem czy lżejsza, na pewno inna. Nigdy tak nie dzielę ról. Nie umiem powiedzieć czy trudniej byłoby mi umrzeć na krzyżu w imię wyższych wartości, czy patrzeć na śmierć ukochanej dziewczyny, która w tym momencie jest dla mnie jedyną wyższą wartością. Takiej gradacji może dokonać widz, który widział obie role. Gdy staję się Jezusem liczy się tylko to, że jestem człowiekiem, który zaraz umrze i cholernie się tego boi, już sam nie wie czy jest w stanie zrobić to, czego jeszcze kilka dni temu był pewien, nie wie czy ważniejsze są przekonania, czy jego własne życie. Kiedy jestem Oliverem znika Jezus i problemy świata, dla mnie w tym momencie światem jest Jeny i tylko jej życie się liczy. Tak więc pomimo wspaniałego towarzystwa w Słupsku i świetnej zabawy, na scenie nie było mowy o odpoczynku.

Słupskie “Love Story” to przepiękny spektakl. Nie żałujesz, że nie ma go już na afiszu?

 Żałuję ogromnie! Uwielbiam w aktorstwie dotykać takich tematów, takich emocji, kiedy idziemy w coś na sto procent. Na scenie mam tak jak w życiu, staram się nigdy nie odpuszczać. Poza tym myślę, że w Słupsku stworzyliśmy coś wyjątkowego. Obsada jest naprawdę kameralna i bardzo się ze sobą zżyliśmy, szczególnie nasza czwórka głównych bohaterów. Przez kilka miesięcy razem mieszkaliśmy, jedliśmy, imprezowaliśmy, śmialiśmy się i płakaliśmy. Bardzo dobrze się poznaliśmy. Zresztą w pracy nad takim materiałem trzeba sobie maksymalnie zaufać, na wierzchu mamy to co najdelikatniejsze - nasze emocje, a w takim momencie bardzo łatwo kogoś zranić.

Z Katarzyną Tapek w "Love Story" w Słupsku Fot. Piotr Stępień / arch. pryw. M.Franc

Chciałbyś zagrać w tym musicalu kolejny raz?

  Jeszcze nie raz! Gdyby tylko była taka możliwość, to od razu się na to piszę! Tym bardziej, że po takim czasie w moim życiu wiele się wydarzyło, dużo się nauczyłem, myślę, że dojrzałem do niektórych spraw, na kilka patrzę w inny sposób. Teraz ten spektakl na pewno by się różnił od tego co było kilka lat temu. Tak samo było z Jezusem. Kiedy wróciłem do niego po rocznej przerwie, co było spowodowane rozpoczęciem nauki w Akademii Teatralnej, spektakl nabrał dla mnie nowego znaczenia. Fajne było to, że nie tylko ja czułem różnice, kilka osób, które widziały spektakle też to zauważyło i oceniło bardzo pozytywnie. W tak intensywnym życiu jakie prowadzą aktorzy na przestrzeni nawet kilku lat spojrzenie na daną rolę może bardzo ewoluować. Teatr w ogóle jest taką formą, która bardzo szybko się zmienia.

Skoro mowa o powrotach. Stawisz się na casting do “Rodziny Addamsów” w Teatrze Syrena? Grałeś już w tym musicalu, w reżyserii Jacka Mikołajczyka? (Pytałem ostatnio Damiana Aleksandra o to samo i już zgłosił swój akces)

Bardzo bym chciał. To był dobry, solidnie zrobiony spektakl. Świetnie dobrana obsada, wspaniały choreograf, piękne kostiumy i scenografia, wszystko się tam zgadzało. To był naprawdę dobry debiut reżyserski Jacka. Jeżeli chodzi o sam spektakl - komedia, kompletne oderwanie od tego co grałem do tej pory. Pierwszy raz dostałem rolę w takim przedstawieniu. To było dla mnie wyzwanie, bo wtedy uważałem, że nie umiem być zabawny na scenie. Potem wiele razy zetknąłem się z takimi wyzwaniami w szkole, zarówno w Gdańsku jak i Warszawie i zobaczyłem, że tak jak wszystko i to jest do wypracowania. Teraz nawet w „Pilotach” mój bohater ma bardzo wyraźny komediowy rys


  Moja postać w Rodzinie Addamsów była przesympatyczna, ale bardzo trudna, ponieważ była chyba najmniej charakterystyczna ze wszystkich barwnych i zwariowanych ról. Trzeba było łapać się tego, że jest to chłopak mniej więcej w moim wieku, a więc wprowadzać jak najwięcej młodzieńczej energii i świeżości. No i głównym aspektem komediowym tej postaci było to, że był po uszy zakochany w Wednesday, a jak jest się zakochanym to robi się różne głupie rzeczy, to był mój punkt wyjściowy. Mam cichą nadzieję, że Jacek pamięta jeszcze o swojej strasznej rodzince. Już raz jako Lucas Beineke do niej trafiłem, może i tym razem mnie zaakceptują! W końcu jak powtarzają Addamsi: „rodzina to rodzina!” (śmiech).

Jesus Christ Superstar to wyzwania emocjonalne, Love Story to przygoda z uczuciami, a Rodzina Addamsów to świetna zabawa, rozrywka. W której z tych sfer czujesz się najlepiej?

Tak jak już wcześniej mówiłem, ja wolę te spektakle, w których emocjonalnie trzeba się troszeczkę pomęczyć. Myślę, że to był właśnie jeden z powodów, dlaczego poszedłem na wydział dramatyczny do AT, żeby się jeszcze wyżyć aktorsko (śmiech), ale też dlatego, że do dramatu ciągnęło mnie zdecydowanie wcześniej niż do musicalu. Teatr muzyczny pojawił się tak naprawdę z chęci połączenia moich dwóch największych pasji: aktorstwa i śpiewu. Bliższy jest mi teatr psychologiczny, musical natomiast często opiera się na formie, od czego oczywiście nie odejdziemy zupełnie, bo już sam rodzaj wyrażania emocji poprzez śpiew jest swego rodzaju formą. Nie chciałbym jednak zamykać się tylko na jeden rodzaj teatru, bo kocham również teatr muzyczny i nie wyobrażam sobie, że teraz miałby zniknąć z mojego życia. Na całe szczęście musical idzie w bardzo dobrym kierunku, powstają coraz mądrzejsze spektakle, poruszające ciekawe tematy, nie będące jedynie pokazem wokalnych i tanecznych umiejętności. W takiej sferze czuję się najlepiej, gdzie w teatrze na pierwszym miejscu jest jednak aktorstwo i to ono wywołuje w nas chęć wyrzucenia z siebie emocji poprzez śpiew czy taniec, nigdy na odwrót.

Z Katarzyną Tapek w "Love Story" w Słupsku Fot. Piotr Stępień / arch. pryw. M.Franc
W 2015 roku ukończyłeś Akademię Muzyczną w Gdańsku (Wydział Wokalno-Aktorski, specjalność musical) i w tym samym roku rozpocząłeś studia na Wydziale Aktorskim w Akademii Teatralnej w Warszawie. Podziwiam Cię, że nieustannie pracujesz nad swoim warsztatem. Warto w siebie inwestować?

Zawsze warto w siebie inwestować! W tym zawodzie szczególnie ważne jest to, aby cały czas się rozwijać. Jest mnóstwo technik, nie tylko wokalnych, ale i aktorskich, które trzeba poznawać, nigdy nie wiesz co na ciebie zadziała, co cię „otworzy”. Szkoły śpiewu ciągle się rozwijają, powstają nowe odłamy znanych technik, dobrze jest poznawać różne sposoby wydobywania dźwięku, nie należy zostawać tylko przy jednym. Myślę, że tu nie tylko szkoły się liczą, ale też to żeby jeździć na różnego rodzaju warsztaty, kursy. Potem można te wiedzę konfrontować, wybierać to co jest najlepsze dla ciebie.
 
Cały czas żałuję, że nie mam więcej czasu, żeby chodzić do teatru, to jeden z najlepszych sposobów nauki. Chodzenie i oglądanie wielu spektakli, dobrych spektakli i niedobrych też, żeby wiedzieć jak nie robić, ale głównie dobrych, żeby podglądać, cały czas podpatrywać i przepuszczać przez swoją emocjonalność. Kiedy byłem na studiach w Gdańsku widziałem wszystkie sztuki, które były grane wtedy w "Wybrzeżu", WSZYSTKIE (swoją drogą to mój ukochany teatr). Pamiętam ile mi to dawało, to oglądanie na scenie świetnych aktorów i wykorzystywanie w swoim warsztacie. Aktorstwo polega na ciągłym obserwowaniu świata, a w teatrze mamy tę obserwacje zawartą w pigułce!

Grałeś w teatrach zarówno podczas nauki w Gdańsku, jaki i obecnie w Warszawie. Teraz sporo Cię w “Pilotach” w Teatrze Roma. Godzisz obowiązki zawodowe z nauką?

 Nie jest łatwo. Jak już wspominałem, na okres pierwszego roku w Akademii Teatralnej musiałem zrezygnować ze wszystkich tytułów, które wtedy grałem, dodatkowo nie mogłem przyjąć propozycji zagrania w dwóch nowych spektaklach, które w tym czasie dostałem. To była ciężka decyzja, ale wiedziałem na co się piszę i musiałem ponieść konsekwencje z tym związane, taka była polityka szkoły. Do Jezusa udało mi się wrócić, ale niestety z trzema pozostałymi spektaklami nie zdążyłem się pożegnać. To był czas wielu zmian - w Słupsku przyszły inne władze i „Love Story” nie weszło do nowego repertuaru, a Gliwicki Teatr Muzyczny powoli przestawał istnieć i zarówno „Rodzina Adamsów” jak i „Dźwięki muzyki” zostały zagrane po raz ostatni. 


Plusem natomiast w tak napiętym grafiku pracy jest to, że naprawdę dobrze uczy zarządzania swoim czasem. Nie da się jednak ukryć, że taki tryb życia jest stresujący. Moja doba powinna mieć co najmniej dziesięć godzin więcej, żebym ze wszystkim zdążył, czasami muszę być dosłownie w dwóch miejscach jednocześnie. Zawsze było ciężko ale podczas nauki w Gdańsku to polegało bardziej na tym, że musiałem ogarnąć przejazdy pomiędzy różnymi miejscowościami (czasami będącymi po dwóch różnych stronach Polski), ale jak już się znalazłem w danym miejscu to mogłem skupić się na jednej rzeczy. Rozpoczynając pracę w Romie i studiując jednocześnie w AT, wszedłem na kompletnie nowy poziom koordynacji swojego czasu. Mój dzień jest zaplanowany co do minuty, bez kalendarza pod ręką i „jak dojadę” w telefonie ani rusz (śmiech). Akademia bardzo pomaga mi w łączeniu obowiązków zawodowych z nauką, dział koordynacji w teatrze też robi co się da, ale czasami pojawiają się sytuacje w których jestem pomiędzy młotem a kowadłem i muszę sobie z tym radzić sam, na szczęście do tej pory dawałem radę i żadna strona nie ucierpiała za bardzo więc mam nadzieję, że uda mi się to i w kolejnym semestrze.

Jednak chyba najtrudniej w tym wszystkim jest nauczyć się, że nie da się złapać kilku srok za ogon. Najgorzej jest gdy trzeba odmawiać grania w jakimś nowym projekcie, kiedy już wiesz, że dostałeś rolę a ze względu na terminy nie możesz się tego podjąć. W przeciągu ostatnich paru lat miałem już kilka takich sytuacji. Trzeba się jednak pogodzić z tym, że nie da się robić wszystkiego, tym bardziej jeśli chce się to zrobić dobrze. Ja podjąłem swoje decyzje i żadnych nie żałuję. Dzięki temu miałem możliwość wzięcia udziału w tworzeniu autorskiego musicalu zupełnie od podstaw, to jest kompletnie inna praca. W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że to ty jesteś tym pierwszym Stefanem, tworzysz jego charakter, nigdy przed tobą nikt go nie zagrał. Dodatkowo praca w tak dużym, bez wątpienia znaczącym teatrze, gdzie gramy w systemie broadwayowskim - siedem razy w tygodniu, bardzo dużo uczy. No i co najważniejsze nigdy (a przynajmniej na razie), nie spotkał bym tych wszystkich wspaniałych ludzi, z którymi stworzyliśmy „Pilotów” i którzy w znaczący sposób wpłynęli na moje życie.

Zauważyłem, że śpiewasz z Accantusem, a ostatnio pomagasz Judycie Wendzie na Nowej Scenie w Bydgoszczy. Chyba nigdy nie będziesz miał dość śpiewu, sceny?

Mam nadzieję, bo nie wyobrażam sobie życia bez tego. Jeżeli chodzi o spektakle w Bydgoszczy, to rzeczywiście super było tam występować, ale największą przyjemność miałem z tego, że grałem tam z przyjaciółmi z mojego roku z Gdańska. Teraz mamy naprawdę niewiele możliwości, żeby się spotykać, z niektórymi nie widziałem się ponad rok, więc gdy Judyta zadzwoniła do mnie zgodziłem się od razu, dopasowaliśmy nasze terminarze i mogliśmy się w końcu zobaczyć. Na studiach stanowiliśmy naprawdę wyjątkowo zgrany rok, mnóstwo czasu spędzaliśmy razem, z niektórymi gram nawet teraz w spektaklach, to wspaniali ludzie! 


  Z Bartkiem natomiast zacząłem pracę tuż przed studiami w Warszawie co wiązało się również z mniejszą ilością czasu, dlatego w Accantusie pojawiam się dość rzadko, zawsze są to jednak świetne spotkania, które bardzo rozwijają. Co jakiś czas rozmawiamy sobie o nowych planach i mam nadzieję, że już niedługo będzie można mnie znowu zobaczyć na kanale.

IN LOVE WITH MUSICAL  na Nowej Scenie w Bydgoszczy, Marcin Franc z  z  A. Simińska, P. Wojtowicz, D. Pelowski, A. Walczak, A. Przekupień, P. Lewicki, J.Wenda. I.Wisniewski

Wspaniale współpracuje się z ludźmi, których się lubi. W obu przypadkach niczego nie udajemy, jesteśmy w podobnym wieku, sami decydujemy jaki materiał robimy, sami go tworzymy. Podziwiam Bartka za to, że zaczynając od garstki przyjaciół i studia w swojej piwnicy doszedł tak wysoko, mam nadzieję, że scena w Bydgoszczy, którą zajmuje się Judyta też będzie się w taki sposób rozwijać. Marzenia, zaangażowanie i wspaniali ludzie, to chyba klucz do sukcesu.

Czasami pytam moich rozmówców, co robiliby w życiu, gdyby nie znaleźli się na drodze musicalu. Mam wrażenie, że od młodości miałeś już jasno określony cel….? Czy rzeczywiście?

Rzeczywiście tak było. Od zawsze chciałem być aktorem. Co więcej walczyłem o to już od gimnazjum, ponieważ rodzice bardzo nie chcieli żebym szedł w tym kierunku. Nie dziwię się im, nikt w naszej rodzinie się tym nie zajmuje, nie wiedzieli jak to wszystko wygląda, bali się, że skończę studia i nie będę miał pracy i tu nie chodzi kompletnie o to, że we mnie nie wierzyli, zdawali sobie po prostu sprawę, że ten zawód jest bardzo niepewny. Ale gdy przyszło co do czego, to pojechali ze mną na egzaminy do Gdańska, wspierali mnie i stresowali się razem ze mną. Potem gdy zacząłem dostawać coraz więcej ról w spektaklach uwierzyli, że podjąłem dobrą decyzję, zobaczyli, że zdobycie pracy w tym zawodzie nie jest niemożliwe i byli spokojniejsi o moją przyszłość. 


Na wstępnych w Warszawie było już trochę inaczej. O tym, że zdaję do Akademii Teatralnej zdecydowałem całkowicie sam, co więcej nawet nie powiedziałem moim rodzicom, że się wybieram na przesłuchania. Dowiedzieli się gdy przeszedłem już do finałów (śmiech). Swoją drogą bardzo się ucieszyli i stwierdzili, że dobrze robię rozwijając się w tym kierunku. Nie powiedziałem im nie dla tego, że się bałem, że będą mnie zniechęcać, a jedynie z tego względu, że wiedziałem jak oni by się stresowali i jak ich stres wpływałby na mnie. A tak podszedłem do tego bardzo spokojnie, bez parcia, że musi się udać. Pewnego wieczoru stwierdziłem, że mam dwadzieścia trzy lata i jeżeli chcę zdawać do akademii to jest to ostatni moment, wiem, że gdybym zrobił sobie przerwę między studiami, to już bym się nie zdecydował. Szkoła teatralna była zawsze jednym z moich marzeń i nie chciałem za kilka lat pluć sobie w brodę, żałując, że nigdy nawet nie spróbowałem. Zgłoszenie wysłałem na dziesięć minut przed zakończeniem rekrutacji. Postanowiłem, że będę zdawał tylko do Warszawy i tylko raz, jeżeli nie dostanę się za pierwszym razem, to tak miało widocznie być. Ja wtedy dużo grałem i czułem, że jeżeli się nie uda, to mam do czego wracać i co robić. Ale udało się, na szczęście i teraz jestem tu gdzie jestem.

Marcin Franc Fot. Katarzyna Kowalczyk, arch. pryw.

Jakie masz plany na najbliższe miesiące? 

Moje plany skupiają się teraz głównie na „Pilotach”, ale już za chwilę koniec trzeciego roku w akademii i czas na dyplomy. Nie ukrywam, że już nie mogę się doczekać, bo jeżeli wszystko wypali to szykuje się nam świetny skład reżyserski! Mieliśmy już pierwsze spotkania i zapowiada się naprawdę ciekawie. Oprócz tego może pojawią się jakieś ciekawe castingi do musicali, teatrów, filmów, seriali. Chcę próbować różnych rzeczy.