"Największy tajnik tej pracy, to umiejętność odrzucania łatwych rozwiązań"

Daniel Wyszogrodzki. Fot. Michał Heller

O pracy nad przekładem musicalu, o "Kotach" i o kotach, o własnej książce z musicalami, ulubionych aktorach oraz wymarzonych do przetłumaczenia spektaklach - dla musicalove.info opowiada Daniel Wyszogrodzki tłumacz największych produkcji musicalowych, autor, dziennikarz muzyczny.

Zacznijmy od końca, od ubiegłego roku i musicalu “Doktor Żywago”. Aktorzy mówili mi, że jest Pan ojcem chrzestnym tej produkcji, że to Pan podsunął pomysł na realizację tego musicalu. Jak i czym “Doktor Żywago” trafił do Pana serca?

Szukam interesującego materiału – na wielu frontach, także na musicalowym. Temat był mi bardzo bliski, mam ogromny sentyment zarówno do książki (kiedyś zakazanej w PRL), jak i do filmu. Ta amerykańska ekranizacja ma co najmniej tyle zalet ile wad. Pomysł na musical „Doktor Żywago” wydał mi się tak samo naturalny, jak powiedzmy na „Annę Kareninę”. Jednak nauczyłem się i to od mistrzów, Andrew Lloyda Webbera czy Wojciecha Kępczyńskiego, że w musicalu bardziej niż co, liczy się jak. Przecież to Lloyd Webber udowodnił, że można stworzyć musical o Jezusie albo o kotach. Cały zresztą musical nowoczesny, już od czasu Rodgersa i Hammersteina, przekonuje nas, że teatr muzyczny może opowiadać o wszystkim. Pytanie, jak to zrobi. W przypadku „Doktora Żywago” najpierw zaskoczyły mnie dwie rzeczy: jego premiera odbyła się w Australii, a muzykę skomponowała Amerykanka. Co w takim razie z – nieodzowną w tym przypadku – rosyjską duszą? Zapoznałem się z materiałem i przekonałem się, że nie tylko rosyjska dusza jest na miejscu, ale że jest to znakomicie napisany spektakl. Prześledziłem jego losy w świecie i nabrałem pewności, że nigdy dotąd nie doczekał się inscenizacji, na jaką zasługuje. Wtedy pomyślałem o Operze Podlaskiej, a reszta jest powszechnie znana. Uważam, że powstało jedno z najlepszych przedstawień, przy jakich miałem szczęście pracować. Dopiero superprodukcja na białostockiej scenie (dodajmy: na wielkiej białostockiej scenie, bo rozmiary ma imponujące), sprawiła, że musical „Doktor Żywago” zajaśniał pełnym blaskiem. Praca moich kolegów – reżysera Kuby Szydłowskiego i scenografa Mariusza Napierały – dała kapitalne efekty. Zresztą na wszystkich etapach realizacja jest wspaniała – ruch sceniczny, kostiumy, przygotowanie chóru i zastosowanie wielkiej orkiestry. Muszę też dodać, że od czasu pracy nad „Doktorem Żywago” nawiązałem bliski kontakt z kompozytorką musicalu, panią Lucy Simon. I dopiero rozmawiając z nią zrozumiałem, jak się to stało, że Amerykanka stworzyła tak doskonale „rosyjskie” dzieło. Lucy, zresztą rodzona siostra znanej piosenkarki, Carly Simon – wychowała się w domu, w którym rosyjska muzyka poważna cieszyła się kultowym statusem. Jej ojciec grywał na fortepianie Rachmaninowa, nasiąkała takimi klimatami od najmłodszych lat. Dla mnie, dzięki białostockiej produkcji, musical „Doktor Żywago” wrócił do domu.

Czy ma Pan jeszcze jakiś ulubiony musical, który nie doczekał się polskiej adaptacji, który chętnie by pan przetłumaczył? A przede wszystkim zobaczył w polskim teatrze muzycznym?

Jest wiele takich tytułów. Przede wszystkim, jestem wielkim miłośnikiem wszystkiego, co stworzył Stephen Sondheim. Oczywiście mam świadomość, że nie jest to musical komercyjny, to bardzo wyrafinowany rodzaj autorskiego teatru muzycznego. Muzyka Sondheima stawia go w rzędzie największych kompozytorów XX wieku, pamiętajmy jednak, że jest on także autorem poetyckich tekstów. Mój musical na bezludną wyspę to „Sunday in a Park with George” (Niedziela w parku z Georgem). Podobną estymą darzę Leonarda Bernsteina, muzycznego geniusza o tylu wcieleniach, że musical był zaledwie jednym z nich. A przecież jaki to musical! Uważam „West Side Story” za spektakl doskonały pod względem kompozycji i aranżacji. Elementy modern jazzu wplecione w symfoniczną partyturę nadały jej ponadczasowy wymiar.

Uważam, że – nadrabiając musicalowe zaległości – nie należy ograniczać się w Polsce do tytułów ze szczytu broadwayowskich notowań. Czas zrobić krok wstecz i zapoznać publiczność z klasyką, wymieniłem już nazwiska Rodgersa i Hammersteina, którzy de facto wykuli wzorzec współczesnego musicalu. Z wielką ochotą przetłumaczyłbym na przykład „South Pacific”. Z nowszych rzeczy marzy mi się disnejowski „Newsies” z piosenkami Alana Menkena, które same tłumaczą mi się w głowie, kiedy słucham w samochodzie płyty z Broadwayu. Co za energia! Oczywiście zmierzyłbym się chętnie z „The Book of Mormon”, ale nie jest to musical do wystawienia w Polsce. Powiedzieć, że jest satyrą na religię, to za mało – zawiera ciężkie bluźnierstwa. A zarazem jest tak śmieszny, że trzymałem się za brzuch wychodząc z londyńskiego przedstawienia. Czuję potencjał w „The Bronx Tale”, film z Robertem De Niro był u nas znany, a na Broadwayu grał w tym musicalu syn moich przyjaciół, więc śledziłem produkcję od samego początku. Chętnie widziałbym w Polsce produkcję świetnego musicalu „Matilda”, oczywiście zgłaszam akces do przekładu. Marzy mi się także „Love Never Dies” Lloyda Webbera, ale jestem przekonany, że to tylko kwestia czasu. I że polska inscenizacja może być lepsza od londyńskiej, która oglądałem i która nie cieszyła się wielkim powodzeniem. Jestem zakochany w amerykańskiej muzyce, zatem są mi bliskie takie tytuły, jak „Beautiful: The Carole King Musical” czy „Motown”. Obawiam się jednak, że nie byłyby to trafione produkcje na polskim rynku. Podobnie chyba jest z „Dreamgirls”. No i jest jeszcze „Hamilton”, czyli rewolucja, jakiej nie było na Broadwayu od dekad. Pytanie, czy musical tak silnie zakorzeniony w amerykańskiej kulturze przyjmie się w krajach nieanglojęzycznych. Mam nadzieję, że tak, bo jest to dzieło uniwersalne. A rozwijając temat, chciałbym bardzo powrotu „Tańca wampirów”, pasjami uwielbiam to przedstawienie i wiem na pewno, że nie ja jeden. A są jeszcze „Producenci”, po prostu rewelacja (i najbardziej utytułowany musical w historii). Miałem szczęście przygotować polski przekład dla Teatru Rozrywki w Chorzowie, od tamtej pory czekam, kiedy genialny musical Mela Brooksa podbije wreszcie Warszawę.

Teraz przenieśmy się na początek musicalowej drogi. Musical “Koty”? Jak trafił Pan na polski Broadway?

Do Teatru Muzycznego ROMA, gdzie debiutowałem jako tłumacz „Kotów”, trafiłem dzięki temu, że przygotowałem wcześniej przekład wersji telewizyjnej tego musicalu. Oczywiście nie był on tak dokładny, nie ma potrzeby posiłkować się partyturą. Ale praca tłumacza polega na rozwiązywaniu problemów i musiałem je rozwiązać, nawet dla telewizji. Z moim przekładem zapoznał się dyrektor Wojciech Kępczyński, który kilka lat później planował wystawienie polskiej wersji „Cats”. O czym zresztą wcale nie wiedziałem. Zaprosił mnie do współpracy, ale najpierw musiałem dokonać kilku przekładów próbnych, był to rodzaj konkursu. Po pewnym czasie zadzwonił telefon i zostałem zaproszony do współpracy. Był rok 2003. Zostałem w ROMIE na kolejne dwanaście lat i był to wspaniały okres w moim życiu. Miałem przywilej pracowania przy takich tytułach, jak „Taniec wampirów”, „Upiór w operze”, „Les Misérables”… Proszę nie powtarzać tego dyrektorowi Kępczyńskiemu, ale gdybym miał teraz przetłumaczyć „Cats”, to bym się przestraszył. Skoczyłem na głęboką wodę!

Teatr Roma "Mamma Mia". Fot. Joanna Wyszogrodzka

Który z musicali, nad którym Pan pracował, sprawił najwięcej problemów?

Przekład każdego musicalu przynosi nowe, inne problemy. Wspomniałem już, że praca tłumacza polega – między innymi – na ich rozwiązywaniu. Nawet dzieło tak pozornie łatwe, jak „Mamma Mia!” nie jest od nich wolne. Piosenki grupy ABBA są lekkie, łatwe i przyjemne. Uczynienie ich takimi w języku polskim wcale nie było łatwym wyzwaniem. Ale zdecydowanie najtrudniejsze pod względem warsztatu były dwa musicale Stephena Sondheima, które przetłumaczyłem dla Teatru Rozrywki w Chorzowie: „Sweeney Todd” i „Niedziela w parku z Georgem”. To prawdopodobnie najlepsze spektakle, z jakimi się kiedykolwiek zetknąłem, jestem ich „psychofanem”. Problem polega na tym, że ten wyjątkowy twórca pracuje jednocześnie nad muzyką i tekstem. A co więcej, robi to jednocześnie – co podkreśla. Zwalnia go to z wszelkich ograniczeń formy. Nie ma zatem sytuacji, w której tłumacz „łapie rytm”, dopisuje kolejne zwrotki i refreny. Zwykle nie ma u niego ani zwrotek, ani refrenów.

Zdradzi Pan tajniki procesu przekładu musicalu? Ile czasu zajmuje taka praca?

Ja pracuję powoli. Uznaję absolutny priorytet wierności, oczywiście poza miejscami, w których praca tłumacza staje się adaptacją (na przykład w przenoszeniu realiów). Nigdy jednak nie miałem możliwości pracować nad samym przekładem musicalu, lub tylko nad jednym przekładem. Piszę własne rzeczy, recenzuję płyty, współpracuję z prasą, bardzo lubię uczestniczyć w powstawaniu płyt. Mam wiele zajęć, a nauczenie się pogodzenia ich ze sobą jest warunkiem pracy freelancera. Musical zajmuje mi najczęściej kilka miesięcy. Zdarzało mi się fantazjować, że gdybym pracował w warunkach pełnej izolacji, uporałbym się z przekładem w dwa, trzy miesiące. Oczywiście nigdy się o tym nie przekonam. A największy tajnik tej pracy, to umiejętność odrzucania łatwych rozwiązań. Ciągłe zmaganie się z materią.

Który z etapów tej pracy lubi Pan najbardziej? Dogląda Pan potem swojego “dziecka” podczas prób? Spektakli?

Jestem człowiekiem słowa w znacznie większym stopniu, niż człowiekiem teatru. Najbardziej lubię pracować sam. Cenię sobie spokój i komfort pracy. A zatem moja ulubiona faza to właśnie tłumaczenie w tym podstawowym sensie, który oznacza godziny, dni i tygodnie przy komputerze. Jedynym minusem tej fazy jest to, że praktycznie nie słucham muzyki. Kiedy tłumaczę do muzyki, muszę mieć w głowie dokładnie to, nad czym pracuję. Siedzę więc w otoczeniu kolekcji płytowej i w absolutnej ciszy (melodię mam już w głowie). Potem oczywiście trzeba sprawdzić tekst w działaniu, czyli w wykonaniu aktorów. Jeżeli wymaga wygładzenia, to także należy do mnie. Ostateczna wersja tekstu powstaje jednak zawsze w porozumieniu z reżyserem spektaklu. A zatem drobne poprawki zdarzają się do samej premiery. Nie traktuję tekstu, jak swojego „dziecka”. Jestem tylko tłumaczem, nie autorem. Poza tym zupełnie wymazuję z pamięci to, co już zrobiłem. Patrzę tylko w przyszłość.

Daniel Wyszogrodzki w scenografii "Doktora Żywago". Fot Michał Heller

Tak bez faworyzowania… Ma Pan swoich ulubionych aktorów musicalowych w Polsce?

Oczywiście, że mam ulubionych aktorów – poza wszystkim jestem także miłośnikiem musicali. Nie powinno dziwić, że są to głównie koleżanki i koledzy z ROMY, bo znam ich od dawna, wielokrotnie pracowaliśmy razem. Obiektywnie mogę powiedzieć, że nasza Edyta Krzemień jest gwiazdą światowego formatu. Widziałem wiele Fantyn w różnych krajach, ale naprawdę lepszej nie spotkałem. To tylko jeden przykład. Nasz Damian Aleksander to Upiór światowej klasy. Wspaniałym aktorem musicalowym jest Tomasz Steciuk, jak nikt inny łączy grę aktorską z umiejętnościami wokalnymi. Mam także osobista faworytę. Uwielbiam oglądać na scenie Paulinę Janczak. Jest nie tylko piękna, ale ma niezwykłą zdolność przekazywania emocji, to wspaniały dar sceniczny. Zresztą od lat powtarzam, że jestem jej wielbicielem. Oczywiście jej pierwszej. O jej umiejętnościach wokalnych niech zaświadczy fakt, że jako debiutująca nastolatka otrzymała rolę tak trudną, jak Christine w „Upiorze”. Zachwycał się nią sam Lloyd Webber, mogę to potwierdzać bez końca, bo byłem świadkiem. Są też artystki, z którymi wcześniej nie pracowałem, jak Agnieszka Przekupień. Wielkie odkrycie.

Na zdjęciu Paulina Janczak z bohaterem tego tekstu.  Fot. Joanna Wyszogrodzka

 Tomasz i Anita Steciuk, Łukasz Zagrobelny i Daniel Wyszogrodzki.  Fot. J. Wyszogrodzka 

Proszę zdradzić nad czym teraz Pan pracuje? 


Niedawno ukończyłem przekład musicalu „Saturday Night Fever” i jestem na etapie cyzelowania tekstów. Właśnie trwają próby, zaś premiera odbędzie się w Teatrze Muzycznym w Gdyni w dniu 21 kwietnia tego roku. Reżyseruje Tomasz Dutkiewicz. Szykuje się kilka musicali, które będę tłumaczyć, choć nie w najbliższej przyszłości. Tytułów nie mogę zdradzić. Cieszy mnie to zresztą, bo mogę zająć się teraz innymi zleceniami. Pracuję nad przekładem książki, którą zdążył przygotować przed śmiercią Leonard Cohen. Nosi tytuł „Flame” i ukaże się na całym świecie w październiku. Ma ponad czterysta stron poetyckiego teksu, więc nie mogę tracić ani chwili. Niedawno ukazał się album Krzysztofa Krawczyka pt. „Wiecznie młody” z moimi przekładami tekstów Boba Dylana. Myślimy o następnym, której bohaterem jest Johnny Cash. Naprawdę lubię odrywać się od musicali. A przecież już w maju ukazuje się moja książka o historii tego gatunku i będzie jej towarzyszyć szeroka promocja. Całkiem się przed musicalami nie schowam, ale chętnie wracam do moich wielkich pasji, takich jak twórczość Cohena i Dylana. Szykuję również kilka własnych projektów, zupełnie niezwiązanych z muzyką czy teatrem. Zajmuję się pisaniem, a to jest powolna i samotna praca. Moje wiejskie odosobnienie doskonale jej służy.

Pytałem już o “Koty”, zapytam jeszcze o… koty (o imionach Cukier i Puder) oraz psa Dubaja. Pomagają w pracy?

Och, kotów jest znacznie więcej. Cukier i Puder to Bracia Głusi, koty specjalnej troski. Mam ich teraz osiem, oczywiście nie planowałem tego. Natomiast mój kumpel Dubaj trzyma mnie przy życiu, bo codziennie chodzimy razem na długie spacery, a całe lato biega ze mną przy rowerze. Wędrujemy w ten sposób po Mazowszu, od wsi do wsi – to znaczy po mojej, południowo-wschodniej części Mazowsza. Przy moim siedzącym trybie życia, Pies Dubajski naprawdę jest zbawieniem (tu uprzedzając miłośników zwierząt zaznaczam, że z Dubajem jeżdżę wolno i zawsze mam dla niego wodę). Czasami dosłownie odciąga mnie za rękę od komputera, kochane psisko. I tylko zupełnie nie podziela mojej pasji do kawy. A kawa to przecież paliwo tłumacza.