Przemek Zubowicz: „Wymarzyłem sobie świat”

Bardzo szczerze o drodze do musicalu, wymarzonych rolach, własnej twórczości, związkach uczuciowych i musicalowych kobietach – Przemek Zubowicz w rozmowie z musicalove.info.

Zaglądając na Twój profil na Facebooku czytamy o Przemku Zubowiczu - melodyk marzyciel. Co kryje się za tymi dwoma słowami.

Jestem melodykiem marzycielem z urodzenia (śmiech). Kiedyś na początku ery portali społecznościowych - przy wypełnianiu profilu - zapytano mnie kim jestem, więc napisałem: melodyk - marzyciel. Melodyk - bo to melodię uważam za najważniejszą w dziele muzycznym. Jest najlepszym nośnikiem emocji, sam dużo komponuję i to właśnie melodie są - tak mi się wydaje- najmocniejszą siłą mojej muzyki. Melodia jest uniwersalna - nie trzeba znać języków, żeby zrozumieć artystę, który ją stworzył lub wykonuje.

A marzyciel?

Marzyciel, bo mimo pełnej świadomości tego w jakim świecie żyjemy wciąż marzę o wielkich rzeczach. Od dziecka powtarzano mi, że jeden na milion, albo i nikt nie wyrywa się – jak to mówili - „z takiej dziury” (mieszkałem w pięknym, magicznym miasteczku Orneta na północy Polski, ale i biednym - bez szkół muzycznych czy sportowych). A ja wymarzyłem sobie świat, nie tylko Polskę i wierzę wciąż, że spełnię marzenia! Muzyka nie zna granic, więc nie powinno się ograniczać ani w życiowych celach, ani tym bardziej w marzeniach!

Jak wspominasz swój debiut aktorsko-muzyczny na scenie? To był musical "Cabaret" w Słupsku?

To był „Cabaret” w reżyserii Andrzeja Marczewskiego w Nowym Teatrze w Słupsku - rola chłopaka z Hitler-Jugend śpiewającego "Tomorrow belongs to me". Poza tym miałem chyba z 10 mniejszych ról w tym spektaklu, więc ciągle się przebierałem (z kilkudziesięcioosobowej ekipy tylko ja i MC byliśmy po spektaklu spoceni jak szczury). Pamiętam, że bardzo dużo stresu przysporzyła mi piosenka. Nie byłem wtedy dobrze wyszkolony wokalnie, a piosenka napisana jest bardzo wysoko, a i język polski - jak zwykle - nie pomagał w wykonaniu. Pamiętam jeszcze to uczucie jakby zazdrości, że nie gram którejś z głównych ról. Szczególnie, że byłem zachwycony piosenką Cliffa Bradshow'a "Don't go Sally " i absolutnie bez złych intencji powtarzałem sobie jakby słowami piosenki "ja wam jeszcze pokażę, tomorrow belongs to me".

Potem była Opera Nova w Bydgoszczy?

Na scenie kameralnej stawiałem swoje pierwsze kroki w repertuarze operowym. Wtedy jednak - choć świadomy piękna tej muzyki - nie miałem charakteru żeby wejść w to całym sobą. Nie lubiłem ćwiczyć śpiewu klasycznego. Potem los tak chciał, że reżyser Sebastian Gonciarz i dyrektor Opery Nova Maciej Figas wybrali mnie do śpiewania koncertów karnawałowych i już na dużej scenie dawałem z siebie więcej, w repertuarze jednak bardziej mi bliższym, rozrywkowym.

I w końcu pojawiła się szansa na musical?

Tak. Niedługo po tym dowiedziałem się o castingach do musicalu „Ghost” w Gdyni i jakoś tak poszło. Nie minęły 3 lata, a już zagrałem trzy główne role w Gdyni i warszawskiej Romie. Za każdym razem kiedy wchodzę na casting i słucham innych aspirujących do roli, to wydaje mi się, że są lepsi. Wiem przecież, że mają więcej doświadczenia. I tańczą. I są aktorami. Ja ani jakoś super nie tańczę, ani nie czuję się aktorem. Może to tylko fart, że akurat w tych tytułach potrzebowali kogoś takiego jak ja i udało się.

 

To tylko przygoda, czy zwiążesz się z musicalem na dłużej?

W musicalu czuję się dobrze. Wciąż jest kilka ról, które chciałbym zagrać: Upiora w „Love never dies”, Tony'ego w „West Side Story” czy Mariusa w „Les Miserables” czy Vitorrio ze „Sweet Charity”, choć coraz częściej i poważniej myślę o mocnym powrocie do opery. Piszę też coraz więcej muzyki. W przyszłym roku planuje dwie płyty: rockową i elektroniczną. Ukażą się pod pseudonimem - Nathan Thom. Zacząłem pisać musical i mniejsze utwory orkiestralne. Planuję wziąć udział w konkursach kompozytorskich. Dzieje się dużo, myślę nad melodiami i marzę światowo.


Nadal śpiewasz w VEJ?

To jest trudne pytanie, bo nikt nigdy nie rozwiązał tego zespołu, ale od ponad roku już nie funkcjonuje. Nagraliśmy kilka fajnych piosenek, które zostały dobrze odebrane, jednak czegoś zabrakło. Niestety taki mamy przemysł fonograficzny. To nie my muzycy albo słuchacze decydujemy co poleci z głośników radiowych.

W tym sezonie oglądamy Cię w charakterystycznych rolach w „Notre Dame de Paris” i „Ghost” w Gdyni, a także w „Pilotach” w Teatrze Roma. Która z tych ról daje najwięcej satysfakcji?

Obecnie gram Sama w Gdyni, Phoebusa w „Notre Dame” i Jana w „Pilotach”. To ciekawe, że każda z tych postaci jest z innego świata, z innej rzeczywistości życiowej. Mają też cechy wspólne. W „Dzwonniku...” i „Pilotach” jestem rozdarty między dwoma kobietami, umieram i powstaję z martwych. (śmiech)

Najbardziej jednak chyba lubię Sama, choć po spektaklu jestem wykończony - ciągle biegam, krzyczę, biją mnie, śpiewam i jestem cały czas na scenie - ale to bardzo satysfakcjonujące.

Phoebus jest trudny, bo nigdy nie będzie tak lubiany jak postać Frollo, Quasimodo czy Esmeraldy. Raz że jest złą postacią, a dwa nie ma tak porywających piosenek. Jedynie „Dręczy mnie”, które bardzo lubię. No i super śpiewać „Belle” - przebój wszech czasów.

Jana ciągle odkrywam. W okresie przygotowań – jako druga obsada - nie mieliśmy zbyt wiele czasu na próbach, więc teraz na scenie w świetle reflektorów, staram się poznawać go coraz lepiej. To bardzo przyjemna rola, choć tez można się "nalatać" podczas spektaklu.

Studiowałeś filozofię na UMK w Toruniu . Czy wiedza zdobyta na studiach pomaga w pracy na scenie? Analizujesz swoje postaci przez pryzmat filozofii?

Skończyłem filozofię na specjalizacji estetycznej i na pewno pomaga mi to w mojej "sztuce", jednak nie analizuję postaci w ten sposób. Filozofia pozwala patrzeć głębiej i widzieć więcej. Jest taką umysłową lornetką, która pozwala dojrzeć sedno spraw szybciej i wyraźniej. Niestety większość ludzi nie korzysta z takich lornetek. Filozofia ma immanentny wpływ na mnie całego i moje postępowanie i bycie, więc i na mnie na scenie.

Wróćmy do pracy scenicznej. Partnerujesz w musicalach niesamowitym kobietom: Edyta Krzemień, Kaja Mianowana, Maja Gadzińska, Ewa Kłosowicz. Jak się współpracuje z najlepszymi głosami musicalowej sceny?

Musical to wiele pięknych kobiet dookoła. Z Edytą Krzemień, tak samo zresztą z Mają Gadzińską, śmiejemy się, że jesteśmy musicalowym rodzeństwem. Z Majką gramy parę w „Duchu” i romansujemy w „Notre Dame” a z Edytą w „Duchu” i „Pilotach”. Co ważniejsze z Edi zagrałem dwie z 3 dotychczasowych moich premier w głównych rolach. Cieszę się bardzo, bo jej nazwisko słyszałem w czasach, kiedy jeszcze nie interesowałem się musicalem. Z Kajką Mianowaną gramy razem w „Notre Dame” i „Pilotach”, a z Ewką Kłosowicz na razie tylko w „Dzwonniku”.

Ale czuję, że to nie koniec (śmiech). Ważne jest dla mnie też, że zagrałem z Martą Wiejak, Zosią Nowakowską i Malwiną Kusior. Podziwiałem je jako widz, a teraz możemy razem występować na scenie. W musicalu poznałem też moją dziewczynę Weronikę Walenciak – moją Fleur de Lys. Pozdrawiam wszystkie dziewczyny.

Na Facebooku zaznaczyłeś, że jesteś "wolny". To już nieaktualne w takim razie?

Na Facebooku mam „wolny”, ale to nieprawda. Nie dbam o takie przyciski i znaczniki. Obecnie spotykam się z Weroniką.

Jeden z aktorów powiedział mi, że nie jest łatwe bycie partnerem, partnerką musicalowego artysty. Czy rzeczywiście?

Nas trochę kilometrów dzieli, ale przy dobrych chęciach można to pogodzić. Obserwuję znane mi musicalowe pary. Jeśli grają w jednym teatrze, to nie jest źle. Trudniej jest, jeśli pracują w różnych teatrach i jeszcze są tam na etacie. Poważne związki na odległość, chęć budowania i posiadania rodziny i dzielące kilometry moim zdaniem nie idą w parze. Nie mówię, że nie można kochać na odległość, można i sam to przeżywam, jednak jeśli mówimy o małżeństwie i rodzinie to jednak musi się to dziać tu i teraz, i od wtedy na zawsze. Inaczej jest jeśli ktoś wyjeżdża na dzień lub dwa zagrać koncert czy sztukę, a inaczej kiedy spędza trzy miesiące poza domem podczas prób i tras koncertowych. Ciężki los artysty. Taki miks małych szczęść i wielkich tęsknot, krótkich spotkań i długich rozłąk. Ah i rozmarzyłem się!

Dziękuję za rozmowę.

(W tekście wykorzystano zdjęcia ze strony internetowej Teatru Muzycznego Roma, Teatru Muzycznego w Gdyni.  Fot. Piotr Manasterski. Autorzy pozostałych zdjęć nie zostali oznaczeni na w/w stronach)