"Romeo i Julia 3D" - doskonale, dojrzale i deszczowo

To był chłodny październik 2004 roku, gdy na warszawskim Torwarze świat zobaczył kolejną polską produkcję musicalową, wyprodukowaną przez duet Józefowicz i Stokłosa. "Romeo i Julia" opowiada o skomplikowanej i nagłej miłości dwojga młodych ludzi. Klasyka Shakespeare'a ubrana w nowoczesną formę, "przetłumaczona" na język współczesnej młodzieży.

"Romeo i Julia" 13 lat temu szokowało pomysłami scenicznymi: w strugach wody walczyli ze sobą wojownicy, a w finale w tejże scenerii z ogromną zmysłowością poruszali się tancerze. Był też prawdziwy motocykl zamiast rumaka, luksusowa limuzyna, mercedes cabrio i jacht oraz gigantyczne dekoracje (z obowiązkowym balkonem), które przemieszczając się pozwalały przenosić akcję z jednego miejsca w drugie. Byli też aktorzy wysoko podwieszeni na linach oraz... taniec breakdance. Do tego cudowne libretto z piosenkami, które na zawsze zostają w pamięci. Pamiętam jak niesamowicie wyglądała wtedy na Torwarze orkiestra zajmująca siedziska wysoko na bocznej trybunie. I ta cudowna wokaliza w prologu.

Moje wspomnienia z "Romea i Julii" sprzed lat konfrontuję z najnowszą produkcją Buffo, tym razem w technologii 3D, znanej z produkcji "Polita". I znów Buffo wyprzedza technologicznie inne produkcje. Pamiętam lasery, które wyświetlały napisy w "Metrze" i stanowiły tło do "Litanii", w czasach kiedy nikt nie miał pojęcia o takich rozwiązaniach. Dzięki Platige Image teraz powstaje "scenografia", w której możemy latać, unosić się, przemieszczać w przestrzeni.

Dlatego teraz zasiadam w fotelu w okularach 3D. Trochę czuję się jak w kinie. Na szczęście nie ma zapachu popcornu i siorbiący napoje gazowane widzów. To jakby kino, ale wciąż teatr.

Pierwsze zaskoczenie. To juz nie ten sam spektakl co w 2004. Rzeczywistość jest "odświeżona". Bohaterowie są w sieci, korzystają z telefonów komórkowych - jedynego narzędzia komunikacji międzyludzkiej. Już w pierwszej scenie, przy dźwiękach prologu na scenie i wśród widowni stają aktorzy i tancerze. Ich twarze rozświetlają ekrany telefonów. To już spektakl? Jeszcze przed chwilą tak samo wyglądały twarze widzów...

Józefowicz ze Stokłosą przenoszą nas w przyszłość, gdzie króluje iPhone o kolejnym numerze... pięćdziesiątym szóstym. Wszyscy są w sieci. Wiemy gdzie przebywają, bo wciąż są zalogowani. Jest też Eden - portal internetowy Capulettiego, dzięki któremu o człowieku wiadomo wszystko, wszystko co zrobił w internecie. Randki są wirtualne. W scenie rozmowy Julii z Romeo - nie słyszymy ich głosów, widzimy za to wyświetlone wiadomości tekstowe, które sobie przesyłają. Zaskoczony jest więc  Laurenty, gdy pyta Romeo o dziewczynę: To ona jest żywa, realna?

Kolejne zaskoczenie. Na scenie pojawia się woda. Dużo więcej wody niż we wcześniejszej wersji. W pierwszych rzędach obowiązkowo trzeba siedzieć w foliowych płaszczach. Na ścianie wody wyświetlane są animacje, stanowiące ważny element akcji spektaklu. Niczym w strugach deszczu tańczą i śpiewają artyści. Domyślam się, że to duże wyzwanie. Dla widza to z pewnością dodatkowa atrakcja. Całość dopełniają proste, ale efektownie wyglądające stroje. Scena ze złotymi tancerzami oślepia blaskiem.

Scena Studia Buffo nie jest duża, mimo to udało się stworzyć zachwycające układy choreograficzne. Jest w nich wiele ekspresji i emocji. Ogląda się to z dużą przyjemnością.

Z poprzedniej wersji musicalu pozostały przepiękne songi. Z tymi najbardziej wzruszającymi, jak "Świetlista noc" czy "Boję się", artyści doskonale sobie dają radę, bo i tym razem Janusz Józefowicz stawia na młodych aktorów (Mateusz Jakubiec), dla których jest to często sceniczny debiut (Nina Major) - jakże udany. Pamiętam Julkę z 2004 roku, odkrytą przez Józefowicza - Zosię Nowakowską. To nieprawdopodobne jaką przez ten czas przeszła drogę. Wciąż śpiewa w oratoriach Piotra Rubika, zachwyca kreacjami aktorskimi w nowych produkcjach musicalowych ("Mamma Mia", "Piloci").

Dojrzałości wokalnej do musicalu wnoszą starsi aktorzy. "Aria z krzykiem" Capulettiego - Wojciecha Paszkowskiego (aktora z niekończącą się listą ról dubbingowych) kończy się oklaskami publiczności. Modlitwa Laurentego wyśpiewana przez Jerzego Grzechnika wciska w fotel. To piękny moment musicalu.

I ostatnie zaskocznie musicalu. Zmieniło się jego przesłanie. Józefowicz pozwolił sobie na sygnał ostrzeżenia przed światem, w którym nie można się ukryć, bo wciąż jesteśmy zalogowani. Rzeczywistość z pikseli choć wygląda kolorowo i atrakcyjnie i mimo że ma trzy wymiary, to zatraca ten ludzki wymiar - bogaty w uczucia, emocje i doznania.

Spektakl to nie tylko przestroga dla młodych widzów. Julia nie mogąc dogadać się realnymi rodzicami ucieka. Dokąd? Chowa się w sieci. Nawet gdy przychodzi moment, w którym mogłaby podzielić się swoimi obawami z matką, ta odbiera telefon i oddaje się przyjemności konwersacji.

"Romeo i Julia" w Buffo bawi, wzrusza, zastanawia. I chyba zbliża nas do życia w realnym świecie.

PRZECZYTAJ również krótką rozmowę po spektaklu z odtwórcami ról Romea i Julii

maciejgogolkiewicz@musicalove.info